Archiwum

Wszystkie wypowiedzi

Oficjalne wpisy z X oraz cytaty z wywiadów i wystąpień. 4010 zebranych wypowiedzi — 494 z X, 3516 z innych mediów.

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski o wyborze selekcjonera: dogmat nieomylności

Plan jest taki, by we wtorek objawił się nam nowy selekcjoner reprezentacji Polski. Objawił się w sensie dosłownym — mamy nie wiedzieć nic, dopóki nie wkroczy na salę i nie porazi nas swoim blaskiem. Lub nie zasmuci szarością. Reklama Widzę dwa potencjalne powody, by nazwisko selekcjonera trzymać w ścisłej tajemnicy do samego końca. Powody te mogą występować niezależnie od siebie lub mogą iść w parze. Oba jednak nie są powodem do zadowolenia. Reklama Krzysztof Stanowski o wyborze selekcjonera reprezentacji Polski Cezary Kulesza chce nakarmić swoje ego? Pierwszy: prezes PZPN Cezary Kulesza chce nakarmić swoje ego, pokazać, że trzyma wszystkie karty w ręku i to na tyle umiejętnie, że nikt tych kart nie może podejrzeć. Jest szefem, który tak ważną decyzję podejmie jednoosobowo lub w wąziuteńkim kręgu najbardziej zaufanych osób, bez jakichkolwiek szerszych konsultacji. Znamy to z przeszłości — pokusie epatowania posiadaniem wiedzy ekskluzywnej ulegali kolejni prezesi PZPN, a na sam szczyt w tym rankingu wybił się w pewnym momencie Zbigniew Boniek. Zgaduję, że to łechce, gdy wszyscy wokół proszą cię o podanie nazwiska, a ty udajesz, że nie możesz i z uśmiechem politowania obserwujesz z boku tę dość żałosną rywalizację o newsa. Tylko, że poza ulotną podnietą, takie sekrety nie mają żadnego sensownego zastosowania, a wręcz szkodzą. Być może gdyby Boniek rzucił w przestrzeń publiczną hasło „Paulo Sousa”, to odpowiednio wcześniej powstałyby wszystkie teksty o jego charakterze, braku lojalności i chciwości , które życie kazało napisać i opublikować później. Bez względu na to, komu i jak bardzo ufa prezes PZPN, pogłębiony research zawsze pomaga, aby podjąć maksymalnie świadomą decyzję — bo nie chodzi o to, by to media wybierały trenera, lecz o to, by prezes wybierając trenera miał pełnię wiedzy i mógł z niej skorzystać chociażby przy konstruowaniu kontraktu. A żadni pracownicy PZPN nie prześwietlą kandydata tak dokładnie, jak dziesiątki dziennikarzy i setki zajawkowiczów, mających czasami najbardziej dziwaczne piłkarskie zainteresowania. Reklama Trudny charakter. Rzecz o klęskach Paulo Sousy Reklama Tak jak w Kościele mamy dogmat o nieomylności papieża w sprawach wiary, tak prezesi PZPN co jakiś czas ulegają złudzeniu, że istnieje dogmat prezesa o nieomylności w sprawach wyboru selekcjonera. Chcą ten proces maksymalnie zawłaszczyć, co przecież nawet dla nich samych jest szkodliwe, bo na koniec przegrywają razem z trenerem, a porażka jest wpisana w polski futbol po wsze czasy. My dzisiaj nie tylko nie wiemy, kogo PZPN wybrał na selekcjonera. My nawet nie wiemy, kogo PZPN szukał. Nikt nie przedstawił wymagań, nikt nie przedstawił planu, do którego dobieramy fachowca. Nie wiemy nic na temat zakresu obowiązków oraz obszarów, w których nowy trener ma być najlepszy. Gdybyśmy znali odpowiedzi na te wszystkie pytania, być może gdzieś opinia publiczna (ktokolwiek) słusznie wytknąłby ryzyka związane z konkretnymi kandydatami. Reklama Stanowski: Jakie kryteria wyboru selekcjonera ma PZPN? I w ten sposób dochodzimy do drugiego powodu, dlaczego wszystko musi być takim sekretem. Być może my te wymagania stworzymy post factum, wiedząc już, kogo spontanicznie i bez namysłu wskazał palec prezesa. I podczas konferencji prasowej dorobimy teorię, że chcieliśmy kogoś, kto już prowadził inną reprezentację, lubi grać trójką w obronie, albo że szukaliśmy wysokiego blondyna, bo akurat ktoś taki będzie siedział obok. Ten drugi powód można potraktować szerzej: być może dlatego nie ujawniamy, kto będzie trenerem, bo się tego lekko wstydzimy i przewidujemy, że opinia publiczna nie będzie zachwycona. Zgaduję, że to z tego powodu Boniek do końca trzymał w tajemnicy zatrudnienie Brzęczka, a Kulesza – Michniewicza. Reklama Jednakże, jak już napisałem na wstępie, oba powody mogą występować wspólnie: miło jest dodać sobie kilka punktów do zajebistości i poczuć wyższość nad pismakami, a przy okazji rozsądnie jest nie narażać się na nieunikniony ostrzał zbyt wcześnie. Tak czy siak, należałoby się przyzwyczaić, że polskim futbolu wszystko ma być tajemnicą. Kiedy dojdziemy do etapu, że wyniki też będą tajemnicą, osiągniemy pełnię związkowego szczęścia. WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI: Reklama Dealmaker. Kim jest Hugo Cajuda, agent, który wcisnął Polakom Sousę? Petković selekcjonerem? „Miał wyniki i styl” Kto powinien być asystentem selekcjonera? KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski żegna Andrzeja Iwana

Mam problem z Twoją śmiercią, Andrzeju. W zasadzie z każdą mam problem, ale ta Twoja jest inna niż pozostałe i nie wiem, jak się za nią zabrać. Należałoby zapłakać, tak jesteśmy przecież nauczeni. Reklama Ale pamiętam też, jak obsesyjnie tej śmierci pragnąłeś, jak ją przywoływałeś, jak jej pomagałeś. I ty teraz, Skurczybyku, pewnie raczej oczekiwałbyś gratulacji. Jesteś tam, gdzie od lat chciałeś być. Reklama Wpuściłeś mnie w najgłębsze zakamarki swojej duszy, a jednak nigdy Cię w tej kwestii nie rozgryzłem. Byłeś najbardziej szczerą osobą, jaką w życiu poznałem i kiedy bez ogródek mówiłeś mi, że chcesz umrzeć, że o niczym tak bardzo nie marzysz, kiedy nawet ci powieka nie drgała, gdy o tym opowiadałeś, nie miałem żadnych argumentów, aby ci nie wierzyć. Z drugiej strony coś mi podpowiadało… No właśnie, że co? Że udajesz? Nie. Że wołasz o pomoc? Też nie. Nie umiem wyjaśnić własnych wątpliwości – zasługiwałeś na to, by Ci bezgranicznie wierzyć, bo ta Twoja szczerość była wręcz okrutna, ale instynkt podpowiadał, że to nie takie proste i że pali się w tobie jakaś iskierka, nad którą nie masz kontroli. Chciałeś umrzeć, a ilekroć próbowałeś, okazywało się, że Twój organizm jeszcze bardziej chce żyć. Siłowałeś się z samym sobą na wszystkich dosłownie frontach. Dlatego mam problem z Twoją śmiercią. Nie wiem, czy to czas na rozpacz, czy na westchnienie ulgi. Często mówi się, że ktoś przegrał walkę o życie, ale w Twoim przypadku takie stwierdzenie byłoby nonsensem. Walczyłeś o spokój, nie o życie. Cały byłeś złożony z kontrastów. – Krzysiek, dlaczego wszyscy mi pomagają? Przecież ja jestem złym człowiekiem – powiedziałeś mi kiedyś. Ale tylko ty sam uważałeś się za złego, a wszyscy wokół woleli dostrzegać pierwiastki dobra, którym potrafiłeś emanować. Byłeś i taki, i taki. Serdeczny, przyjacielski, gawędziarski, zaangażowany, rodzinny, kochający, ale też pogubiony i przez to pod wieloma względami straszny, bo alkoholowy i hazardowy nałóg sprowadzał na najbliższych piekło. Z jednej strony przegrałeś swoje życie, z drugiej wygrałeś szacunek tysięcy obcych ci ludzi, którzy obserwowali te zmagania człowieka do bólu prawdziwego. To niesamowity paradoks, że ktoś taki jak Ty dla wielu stał się wzorem, ale byłeś po prostu tym, który wypowiadał na głos myśli bardzo wielu osób. O tym, jak trudne może być życie. Jak wyniszczająca może być ta wędrówka. Ile bólu może urodzić się w zatrutej głowie. Co jakiś czas dostaję wiadomość, jak ważna jest książka „Spalony” dla alkoholików czy ludzi w depresji. Dziękuję, że mogłem ją napisać. Reklama I na koniec: nie, nie będę ci gratulować, nawet jeśli tego dzisiaj oczekujesz. Bo piszę te słowa i mam łzy w oczach. Jest pewien banał w nadużywanym stwierdzeniu, że „takich ludzi już nie ma”. Ale każdy kto cię znał, właśnie to powie – że takich ludzi już nie ma. Nie umarł ostatni z nich. Umarł jedyny w swoim rodzaju. Reklama * Poniżej zamieszczam Epilog książki „Spalony”, zamieszczony w drugim wydaniu. I dwa zdania wyjaśnienia: nie chcę, aby wszystko co napisałem powyżej i wszystko co zamieszczam poniżej wybrzmiało tak, że Andrzej Iwan popełnił samobójstwo, bo to chyba nieprawda, ale całkiem świadomie przez lata degradował swoje ciało i oczekiwał zakończenia. Uważam, że to co napisałem niespełna dwa lata temu w najlepszy sposób oddaje stan psycho-fizyczny Ajwena, a w dużej mierze oddaje też, jakim człowiekiem był w ostatnich latach swojego życia. Reklama EPILOG Reklama STYCZEŃ 2021 Pierwsze wydanie książki „Spalony” powstawało w 2011 roku, a do księgarni trafiło wiosną 2012. Odbiór był fenomenalny: do Andrzeja odzywali się ludzie ze wszystkich zakątków kraju i życzyli pomyślnej walki z demonami. Zdrówka, szczęścia, pieniędzy, miłości, wymarzonego domku na wsi. Było czuć prawdziwą troskę o człowieka, który wręcz obnażył się na kartach książki. Wiele osób w mrocznych historiach Iwana odnalazło swoją przeszłość, niektórym jego wspomnienia pomogły zrozumieć bliskich, którzy znaleźli się na zakręcie lub nawet z niego wypadli. Ilekroć ze mną ktoś o „Spalonym” rozmawiał, pojawiało się w końcu nacechowane nadzieją pytanie: „Andrzej poukładał wszystko? Dał radę?”. Reklama Nie, nie dał. Reklama Pieniądze zarobione na książce wprawdzie rzeczywiście starczyłyby na domek na wsi, ale Iwan żadnego domku nie kupił. Kupił za to wódkę. Bardzo dużo wódki. A diabeł dalej go odwiedza, siada na jego ramieniu i szepcze: „Zrób to. Skończ ze sobą”. I on to robi. Kończy. Umówiliśmy się, że w styczniu dopiszemy do „Spalonego” rozdział, dwa, albo i trzy. Zobaczymy, co da się wycisnąć z tych blisko dziesięciu lat, które nie zostały ujęte w pierwszym wydaniu. Jednak w dniu spotkania Andrzej nie odbierał telefonów. Byłem w Krakowie i nie mogłem uwierzyć, że mnie wystawił. Koło 14.00 wreszcie zadzwonił: Reklama – Krzysiek, przepraszam cię, ale nie wciskam ci żadnej lewizny. Musisz mi uwierzyć. Dopiero mnie wypuścili z kryminału. Przez całą noc nie mogłem do nikogo zadzwonić. Reklama – Z kryminału? – Żona nie wytrzymała. Nie dziwię się jej. 43 lata. Każdy miałby dość. Dzień później spotykamy się na Rynku w Krakowie. Mamy poszukać miejsca, w którym uda nam się porozmawiać, ale Andrzej napomyka, że nie działa mu telefon. Decyduję więc, że najpierw musimy iść do Galerii Krakowskiej, gdzie rozwiążemy ten problem. Tam, w na wpół zamkniętym centrum handlowym, siadamy na kanapie i zaczynamy rozmawiać. Reklama – To nie potrwa już długo, Krzysiek – mówi. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Krzysztof Stanowski: mamo, poczytaj mi bajkę o Igorze

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, czyli poza osobami, które wyjątkowo zabryzgały sobie kartotekę w ten czy inny sposób, śmierć nadaje klasy. Nikt nie pisze, że żegnamy piosenkarza, którego i tak nikt nie słuchał, więc w sumie co za różnica, że już nie będzie rzępolił. Zawsze żegnamy kogoś wielkiego, niepodrabianego, w przypadku totalnych artystycznych wykolejeńców – niezrozumianego. To kwestia kultury i obyczajów. Natomiast czasami drażni przesada, w jaką popadamy w wypadku sportowców. Czy naprawdę w dobrym tonie jest się oszukiwać, a w złym tonie przemycać prawdę? I jak daleko jesteśmy w stanie zapędzić się w miłym kłamstwie? Reklama Napisał na Twitterze redaktor Radosław Nawrot, którego bardzo szanuję: „Jedna z dróg stojących przed Igorem Sypniewskim prowadziła do piłkarskiego genialności”. Wzniosłe słowa, brakuje tylko uszczegółowienia, gdzie zaczyna się ta piłkarska genialność, a gdzie kończy się po prostu solidna gra w piłkę, bo i tej drogi Sypniewski nie wybrał. Wpis Radka to tylko przykład, na który natrafiłem, ale wiem, że cały internet zalały peany na temat potencjału, jakim dysponował ów zawodnik i tego, gdzie mógł grać, gdyby… Reklama GDYBY! Problem w tym, że cała kariera Sypniewskiego to jedno wielkie „gdyby”, tak wielkie, że aż groteskowe. Gdyby całe to wielkie „gdyby” złożyć w jedno potężne „na pewno”, to Ryan Giggs ze swoją lewą nogą byłby ledwie ciekawostką. „Gdyby” ma to do siebie, że można je nadmuchiwać bez końca, bo jest nieweryfikowalne. W zasadzie można byłoby takie „gdyby” postawić przy dowolnym niemowlaku i rozpisać mu świetlaną przyszłość, zahaczającą i o Nobla, i o Złotą Piłkę, a może – co się jeszcze nie zdarzyło, ale kto wie – jedno i drugie. – Gdyby mój syn chodził na treningi, to pobiłby rekord transferowy ekstraklasy, taką ma smykałkę. – A dlaczego nie chodzi? – Bo woli Playstation. Reklama – A tamten dlaczego nie zrobił kariery? – Bo wolał wódę. Reklama Śmieszne, a to w sumie to samo. Ot, inny etap. „Gdyby” bywa gargantuiczne, a szczególnych rozmiarów „gdyby” stawiamy przy pijakach. Nie słyszałem jeszcze o pijaku, o którym ktoś mówi z rezerwą: – No, gdyby nie alkohol, to może i utrzymałby się przez pięć sezonów w ekstraklasie, bo miał zadatki na solidnego przeciętniaka… Pijacy zawsze są stworzeni do wielkich rzeczy, które z jakichś przyczyn im umykają. Pijak, gdyby nie pił, pokonałby wszystkich, no ale że pił, to nikogo. Pamiętam Igora Sypniewskiego, poznałem go, taki miły, zagubiony facet. Strzelił nawet pięć goli w ekstraklasie, czyli mniej niż Szymon Włodarczyk w tym sezonie (który to sezon jest w połowie, a sam Szymon na starcie kariery). Strzelił też trochę goli w Szwecji, ale nie za dużo, no i w Grecji, ale też nie za dużo. Ach, zagrał też dwa razy w reprezentacji Polski, czyli tyle razy co Mateusz Zachara, ale gola nie strzelił (też jak Zachara). Nie chodzi mi o to, by deprecjonować Igora, bo i po co, fakty mówią za siebie, ale by gdzieś znaleźć prawdziwą skalę. Skalę, która nie obraża zdrowego rozsądku. Czy Igor Sypniewski umiał grać w piłkę? Jakoś tak umiał, ale nie nadzwyczajnie. Historię futbolu napisali wielcy pijacy, czy to na świecie – jak George Best, czy to w Polsce – jak Ernest Pohl. Ale z jakiegoś powodu Sypniewski jej nie napisał, nawet nie nabazgrał jednego rozdziału. Można teraz wymyślić jakieś dziwaczne „gdyby” i stworzyć teorię, że mógłby napisać, ale to naprawdę bez sensu. Ani z niego Best, ani Pohl, ani Gascoigne czy Adriano, w porywach Dawid Janczyk. Koniec końców Sypniewski był rozczarowującym zawodnikiem, który kilka razy błysnął i po tych błyskach obiecywano sobie sporo, ale nic nie zostało dowiezione. Były takich setki, ale że tamci nie pili, to po prostu mówiło się: no, meteoryt, przeleciał i zniknął, za dużo sobie obiecywaliśmy, wcale nie był taki dobry. Ale jeśli ktoś pił to ohoho, tylko alkohol go wyhamował, na pewno by się nie zatrzymał. Reklama Ha, Dawid Jarka po strzeleniu czterech goli Polonii Bytom powinien był się rozpić, to wtedy byłby legendą, a nie meteorytem. Reklama Jest wielu zawodników, którzy z pełnym profesjonalizmem podchodzą do każdego treningu, ale brakuje im – nazwijmy to – luzu w nogach. No i są tacy z luzem w nogach, ale i sianem w głowie. Do wielkiej kariery wskazane są i głowa, i nogi. A jednak z jakiegoś powodu nie słychać westchnień: – Och, szkoda, że jest taki słaby technicznie, bo głowę ma na wielki sport… Nie wpadłem na nikogo, kto by powiedział: – Michał Kopczyński ma tak super mental, że gdyby nie brak talentu, grałby w Realu. Celowo przesadzam, bo przejadła mi się gloryfikacja pijaństwa (ho, kto to mówi!), zwłaszcza gdy dochodzi do rozmiarów tak absurdalnych, jak w przypadku Sypniewskiego, którego dobre mecze przez całe życie można policzyć na palcach jednej ręki. Piotr Piotrowicz, którego obserwuję na Twitterze i który zarzuca nas informacjami o szwedzkim futbolu, napisał dzisiaj, że gdyby nie przepisy (no tak!), to w reprezentacji Szwecji byłby atak Ibrahimović – Sypniewski. Załóżmy, że miałoby się do wydarzyć w 2003 roku, bo to jedyny w miarę udany rok „Sypka” w Szwecji, ale jest pewien problem: taki atak mógłby mieć miejsce, gdyby nigdy nie urodził się Henrik Larsson (44 gole we wszystkich rozgrywkach w sezonie 2002/03 dla Celtiku) i pewnie z ośmiu innych napastników. W tamtym 2003 roku Sypniewski zdobył swoje rekordowe 10 goli dla Halmstadt. Jego klub zajął marne dziewiąte miejsce (na czternaście), a on sam w klasyfikacji strzelców oglądał plecy nie tylko Niklasa Skooga (22 gole, napastnik, 9 meczów w reprezentacji Szwecji), ale też plecy pomocników „Trzech Koron”, takich jak Kim Kallstrom czy Kennedy Bakircioglu, no i kilku innych, zupełnie anonimowych zawodników. Ale gdy umiera człowiek, rodzą się legendy. „Szwecja nigdy nie zapomni o Sypniewskim” – to też dzisiaj przeczytałem. Szwecja przypomniała sobie dzisiaj, że istniał, a jutro będzie miała inne tematy. Przepraszam za dosadność. Wielu uzna, że za cały ten tekst powinienem przeprosić. Reklama Niemniej ja myślę, że warto być uczciwym nie tylko wobec żywych, ale wobec zmarłych też. Wystarczająco długo żyli w świecie urojeń. Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski o Messim, Barcelonie, PSG i jedynym meczu...

Wszystko poszło źle. W zasadzie: najgorzej jak mogło. Reklama Jeśli prawdą jest, że aby doszło do katastrofy lotniczej, musi zostać popełnionych jednocześnie kilka błędów, to w tym wypadku liczbę błędów można było liczyć w setkach, zaczynając od największego: nie leciał z nami pilot. Przyznajcie sami, że jest to jedno z większych niedopatrzeń, jakie można sobie wyobrazić. Reklama Nie należy pisać, że FC Barcelona była zarządzana źle, nieodpowiedzialnie czy też nieporadnie. To znaczy – można, nawet trzeba – ale to jednak byłoby niedopowiedzenie tak wielkie, jakby stwierdzić, że Bellucci jest dość ładna, Hitler raczej bywał nieprzyjemny, a Ozzy Osbourne kontrowersyjny. Gdyby szukać słów adekwatnych, należałoby raczej stwierdzić, że zarządzanie FC Barceloną przypominało operację na otwartym sercu prowadzoną za pomocą zardzewiałych narzędzi ogrodowych przez pijanego w sztok dyletanta. „To się może nie udać” – roznosił się szmer wśród gapiów. Zamiast krzyczeć, wzywać pomoc, bić na alarm, mruczeli: „To się może nie udać”. I wiecie co? Nie udało się. Reklama * Reklama Widziałem w piłce prawie wszystko, co chciałem widzieć. Oglądałem z trybun finał mistrzostw świata, finał mistrzostw Europy, finał Ligi Mistrzów (i zwycięstwo ulubionej drużyny w nim). Oglądałem setki meczów, także tych z udziałem najlepszych drużyn i najlepszych piłkarzy. Aż mi to wszystko spowszedniało. Miałem w głowie zaledwie jeden mecz, na jakim chciałem być za wszelką cenę. Jeden mecz, na który kupiłbym u konika bilet za każdą, nawet astronomiczną stawkę. Tylko jeden. Pożegnanie Leo Messiego w Barcelonie. Czasami lubiłem wrócić do filmu z pożegnaniem Guardioli i wtedy zawsze nachodziła mnie myśl: fantastyczne, ale dopiero ostatni mecz Messiego będzie najbardziej poruszającym wydarzeniem sportowym za mojego życia. Poruszającym mnie, rzecz jasna – bo ty, drogi czytelniku, możesz czuć się poruszony czymkolwiek innym, nic mi do tego. Miałem wrażenie, że wyjdę wówczas z Camp Nou w tłumie wzruszonych osób i poczuję, że zamknąłem pewien etap życia. Będę oglądał piłkę dalej, ale już nie tak pożądliwie. Nie wiem, ile razy widziałem Leo Messiego na żywo – na pewno kilkadziesiąt. Nie wiem, ile jego bramek miałem okazję zobaczyć – niewykluczone, że nawet więcej niż meczów. Po raz pierwszy obserwowałem go chyba w 2006 roku, gdy wszedł na boisko na kwadrans w meczu Argentyna – Serbia i nawet strzelił gola, którego niestety w ogóle nie pamiętam (w przeciwieństwie do trafienia Cambiasso). Ale wiele późniejszych goli mam przed oczami do dzisiaj. Krzyczałem „Meeeeeessiiii” z resztą ludzi na Camp Nou, skakałem jak poparzony na Santiago Bernabeu po trafieniu w ostatniej sekundzie, ale też szedłem po meczu z Benfiką w kompletnej ciszy wśród fanów, którzy zastanawiali się, czy odwieziony do szpitala karetką Argentyńczyk naprawdę zerwał więzadła i będzie miesiącami pauzował. Dał mi Leo Messi coś, czego z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie był w stanie mi dać już żaden inny piłkarz: przywrócił dziecięcy sposób myślenia o futbolu i dziecięcy sposób konsumowania futbolu. Dzięki niemu byłem po prostu Krzysiem, który cały rozpalony idzie na mecz. Nie po to, by napić się drinka z prezesem, nie po to, by zjeść sushi w towarzystwie byłego reprezentanta kraju, ale po to, by usiąść na brudnym krzesełku i epatować się każdym kontaktem z piłką, każdym dryblingiem, każdym uderzeniem. Ale wszystko, naprawdę wszystko poszło źle. Reklama Najpierw FC Barcelona zaczęła zatrudniać trenerów, których – łagodnie mówiąc – można było kwestionować – jak Tata Martino, Ernesto Valverde czy Quique Setien. Później sprowadzano piłkarzy, na których patrzenie sprawiało niemalże fizyczny ból. Wydawano krocie na odprawy dla słabych szkoleniowców, a jeszcze więcej topiono w fatalnych (lub też po prostu fatalnie grających w Barcelonie) zawodnikach – jak Douglas, Gomes, Song, Sanchez, Mina, Alcacer, Malcom, Turan, Semedo, Firpo, Digne, Todibo, Coutinho, Pjanić, Dembele i wielu, wielu innych. Obserwowanie meczów Barcy coraz częściej było analizowaniem walki Messiego – otoczonego kilkoma wyszkolonymi odpowiednio kumplami – z rywalami i pokracznymi kolegami, z jakiegoś nieznanego powodu ubranymi w takie same stroje. Frustrującym było patrzeć, jak nieporadni działacze Barcelony marnują najlepsze lata piłkarzowi wszech czasów. Być może z tego powodu nie jestem ostatnimi wydarzeniami zdruzgotany, a jedynie trochę przybity – uważam bowiem, że Messi zasługuje na uczestnictwo w projektach prowadzonych profesjonalnie. Ale o tym za moment… Reklama Rok temu sfrustrowany Messi chciał odejść – lecz Barcelona oszukała go. W tym roku Messi chciał zostać – lecz Barcelona oszukała go ponownie. To jest coś, co zaakceptować mi najtrudniej. Joan Laporta, który szedł do wyborów tak naprawdę z jednym mocnym hasłem („Sprawię, że Messi zostanie w Barcelonie”) i któremu socios uwierzyli, że z racji na wspólną historię on rzeczywiście da radę Messiego przekonać do zmiany zdania, okazał się – no niestety, taka prawda – kolejnym oszustem na stanowisku prezydenta. Bazując na chwytliwym hasełku władzę przejął, ale od realizacji hasła wyborczego odstąpił i to w sposób haniebny: oszukując największą legendę klubu, mamiąc gotowym do podpisania kontraktem. Gdybym był naiwnym idealistą, napisałbym, że wybory należałoby w takim razie powtórzyć – i wówczas Laporta mógłby ujawnić, czy ma jeszcze jakiekolwiek mocne hasła, skoro od realizacji tego najważniejszego odstąpił. Póki co swoją funkcję wyłudził. Reklama Naprawdę wszystko poszło źle. Reklama Źli trenerzy, złe transfery, źli prezydenci, źli dyrektorzy sportowy, a na dokładkę pandemia. „Najpierw nie mieliśmy szczęścia, a potem dodatkowo dopadł nas pech”. I Messi oszukany dwukrotnie w ciągu roku. Płaczący na konferencji, próbujący wykrztusić z siebie jakiekolwiek zdania. Łkający, że nie chciał odchodzić. Najbardziej druzgocące pożegnanie legendy, jakie kiedykolwiek widziałem. Bo przecież nie tylko FC Barcelona była jego klubem, ale Barcelona była jego miastem. Pozwolę sobie wręcz napisać, że historię stolicy Katalonii pisał genialny artysta Antoni Gaudi, ale jej teraźniejszość genialny sportowiec Lionel Messi. Obaj w równym stopniu zapełniali ją turystami i obaj w równym stopniu dawali jej element niepowtarzalności. Ten mecz – ostatni mecz na Camp Nou – kiedyś się pewnie odbędzie. I będę chciał na nim być. Ale to nie będzie już taki mecz, jakim być powinien. Bartomeu i Laporta zapaskudzili tę historię, splamili. Zwinęli ją w kulkę i wyrzucili do śmieci. * Reklama Każdy kibic Barcelony dobrze życzy Messiemu. I to jest niewielki plus całej tej zawieruchy: będzie miło widzieć Leo w potencjalnie zwycięskim projekcie (Barca nawet potencjalnie takiego zwycięskiego projektu nie tworzy) i będzie miło widzieć Messiego szczęśliwego, o ile on to szczęście odnajdzie. Tercet Neymar – Messi – Mbappe na dziś wydaje mi się słabszy niż Neymar – Suarez – Messi, ale wyłącznie z uwagi na chyba lepsze dopasowanie tej drugiej trójki do realizacji zadań. Niemniej może się też okazać, że to jednak w Paryżu będziemy mieli okazję podziwiać najbardziej niezwykłe ofensywne trio w historii futbolu. Bo gdyby każdego z tych zawodników rozpatrywać osobno, to tak: takiego trio jeszcze nikt nigdy nie zmontował. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski podsumowuje Euro i Paulo Sousę

Z uwagi na dość sporą grupę ludzi, którzy albo mają kłopoty ze zrozumieniem dłuższych tekstów, albo im się dłuższych tekstów nie chce w ogóle czytać, więc zadowalają się tytułem i zdjęciem, na wstępie napiszę: Paulo Sousa powinien zostać. Reklama Można sobie wracać do tego zdania co jakiś czas, dla utrwalenia i za każdym razem, gdy przez głowę przejdzie myśl: „no nie, a ten go chce zwalniać!”. Nie chcę. Zapraszam na kilka akapitów o tym, jak widziałem to pod każdym względem nieszczęsne Euro. Reklama Przed mistrzostwami, w ich trakcie, a także po mistrzostwach (czyli dzisiaj) powtarzałem to samo – w czym żadna oczywiście moja wielka zasługa, bo powtarzałem banały i rzeczy oczywiste dla każdego, kto na moment wyłączy emocje. Mianowicie powtarzałem, że pojechaliśmy na ten turniej mając drużynę w proszku. Z chaosu może coś się urodzić, ale niestety zazwyczaj się nie rodzi nic (poza bałaganem). Pierwszy raz za mojego życia pojechaliśmy na turniej z trenerem, który – to już moja obserwacja, być może mylna – nie wiedział do końca, czego po którym piłkarzu może się spodziewać, który uczy się tej drużyny i który nie zdołał wypracować czegokolwiek solidnego. Tak niegotowi, jak w 2021 roku, to nie byliśmy nigdy. Była to wprost konsekwencja zatrudnienia, a potem trwania Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera. Wtedy zaczął tykać zegar. I gdy wszyscy widzieliśmy, że eksperyment z Brzęczkiem – bo to był eksperyment totalny – nie wypalił, Zbigniew Boniek patrzył beztrosko na tykający zegar i nic z tym nie robił. Ruch został wykonany dopiero za pięć dwunasta. Uwikłaliśmy się w trzyletni romans z trenerem, który zwyczajnie nie pasował. Reklama Nie wiem, w jakim miejscu byłaby polska kadra, gdyby Paulo Sousa objął ją trzy lata temu, czy chociaż rok temu. Jestem daleki od gloryfikowania portugalskiego szkoleniowca, potrafię sobie nawet wyobrazić, że w ogóle nie awansowalibyśmy na mistrzostwa Europy – no, nie trzeba do tego wielkiej wyobraźni, skoro do tej pory za jego kadencji wygraliśmy tylko z Andorą. Ale wiem, że dzisiaj nie ma sensu go zwalniać, bo wywracanie wszystkiego do góry nogami co pół roku nie jest żadnym pomysłem na rozwój. Skoro zaczął, to niech pracuje – i tak nie mamy na oku nikogo, o kim moglibyśmy na sto procent powiedzieć, że będzie lepszy. I wypada też życzliwie założyć, że etap chaosu już powoli się kończy, bo kiedyś się przecież skończyć musi. Reklama Ale zdumiewa mnie czołobitność, z jaką niektórzy do kadencji Sousy podchodzą. Czy on może w przyszłości zrobić coś dobrego? Pewnie tak. Wydaje się inteligentnym człowiekiem, piłkarze w niego wierzą – to już jakiś punkt wyjścia, bo w Brzęczka nie wierzyli. A czy do tej pory zrobił coś dobrego? Nie zauważyłem. „Przynajmniej ma jakiś pomysł” To dość częsty komentarz dotyczący Paulo Sousy. Przynajmniej ma jakiś pomysł! Pomysłów można mieć sto na godzinę, ale najważniejsze jest to, czy się je z powodzeniem wprowadza w życie. Pomysł Paulo Sousy – ten głoszony w wywiadach czy na konferencjach – to generalnie stek banałów, ale miłych dla uszu. Czy Polacy chcą drużyny ładnie grającej w piłkę? Tak, no to grajmy ładnie w piłkę! Czy Polacy chcą drużyny, która się tylko broni? Nie, no to nie brońmy się cały czas, atakujmy! Czy Polacy chcą, by ich drużyna posiadała piłkę, zamiast na nią patrzeć? Tak, a więc posiadajmy! Bądźmy bogaci. Bądźmy piękni. Bądźmy zdrowi. Reklama To jest mój program polityczny. Reklama Miałbym identyczny pomysł na kadrę – chciałbym, żeby grała ładnie. Tylko nie jestem pewny, czy za sam pomysł by mnie chwalono. Przed meczem ze Szwecją popularne były memy z Sousą, który pokazywał piłkarzom – jak dzieciom – że już nie gramy „lagi na Robercika”. Po meczu nie są już tak często wrzucane, bo tak się dziwnie składa, że graliśmy „lagę na Robercika”. 49 dośrodkowań w pole karne – za aprobatą szkoleniowca – to być może będzie rekord tego turnieju. Problem w tym, że sami Szwedzi po meczu powiedzieli, że w takiej grze czują się najbardziej komfortowo – chcą, żeby przeciwnik był przed nimi, obok nich (na skrzydłach), ale nie chcą, by grał w piłkę między nimi. I w zasadzie było to już wiadomo przed meczem, ba – było to wiadomo w momencie, gdy ich wylosowaliśmy. Dlatego z tymi pomysłami i ich oceną – spokojnie. Bo co innego słyszałem przed meczem, co innego widziałem w meczu, a efekt finalny – tragedia. Szwedzi zagrali z nami mecz na własnych zasadach. Może i Sousa ma jakiś pomysł, pewnie ma – dziwne, żeby żadnego nie miał. Być może to jest nawet dobry pomysł, ale póki co idzie mu druzgocąco źle. Nie weszliśmy dobrze w eliminacje mistrzostw świata i skompromitowaliśmy się w finałach mistrzostw Europy. Zagraliśmy pod każdym względem żałosny mecz ze Słowacją, zagraliśmy trochę szczęśliwy, ale energiczny i bojowy mecz z Hiszpanią oraz głupi, „wrzutkowy” mecz ze Szwecją. Kończymy na ostatnim miejscu w grupie, z dość haniebnym jednopunktowym dorobkiem. Przypomnę w tym momencie, że zatrudniliśmy Sousę dlatego, że zwątpiliśmy w to, że Brzęczek na Euro jest w stanie osiągnąć cokolwiek znaczącego i chcieliśmy wykupić los na loterii, zwiększyć szanse. Powtarzaliśmy, że celem minimum jest wyjście z grupy i apetyty sięgały dalej, a skończyło się sportową katastrofą. Zakładaliśmy, że Brzęczek na Słowację wystarczy, na wyjście z grupy pewnie też, ale nasze apetyty były większe. Chcieliśmy rzucić wyzwanie nie słabiakom, nie średniakom, ale też tym większym. Mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie dostrzec niczego pozytywnego, co do tej pory zrobił Sousa. Jestem w stanie dostrzec pozytywne rzeczy, które dopiero mogą nadejść pod jego wodzą. I to jest chyba ważne rozgraniczenie, o którym wiele osób zapomina. Można uczniowi w szkole wystawić dwójkę na półrocze, ale jednocześnie mówić: chłopcze, próbuj dalej, bo widzę, że masz możliwości, masz talent, by opanować ten materiał i na koniec roku mieć wyższą ocenę. Tak właśnie postrzegam tego szkoleniowca dziś. Reklama Bo co tak naprawdę zmieniło się w polskiej kadrze? Patrząc z boku, ta drużyna jest dziś mocniejsza mentalnie niż była za Brzęczka. Jest w niej więcej ducha, życia, zadziorności. To akurat mogłoby wypływać z samych zawodników i rangi turnieju, ale zakładam, że trener też miał znaczący wpływ. I super, po niemrawym Jerzym potrzebny był tak impuls. Ale co się zmieniło pod względem trenerskim? Zawsze słyszałem, że drużynę buduje się od obrony i że wielkie turnieje wygrywa się obroną, a tymczasem my – jako zespół – w defensywie nie istniejemy. Na Euro 2016 straciliśmy dwa gole w pięciu meczach (a nie sześć goli w trzech), bo drużyna była zdyscyplinowana i wiedziała, że jak przeciwnik atakuje, to minimum ośmiu zawodników ma być za linią piłki. Tam były żelazne zasady i to nie tylko opowiedziane w szatni, ale wdrożone na boisku. Ja może jestem dziwny, ale nie mam poczucia obciachu, gdy widzę drużynę, która wie jak bronić. Ale mam od kilku dni wrażenie, że wielu kibiców jest dziś na etapie, że na boisku „ma się dziać”. Czasami dobrze, jak się nie dzieje. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski po meczu: wszystko na opak

No i mamy klops, na jaki bardzo ciężko zapracowaliśmy. Reklama Zmieniając trenera za późno i nie dając nowemu czasu. Zmieniając trenera na takiego, który nawet nie uznał za stosowne przeprowadzić się do Polski i oglądać tu meczów, co uważam za brak szacunku do tej zaszczytnej i intratnej posady (i pisałbym to samo, nawet gdyby to była liga maltańska – są pewne zasady). Ale nie o szacunek chodzi, ale o elementarne zaangażowanie, którego zabrakło. Kiedy o tym mówiłem kilka miesięcy temu, uważano, że się czepiam. Tak, czepiam się podstawowych spraw. Czepiam się, jak ktoś nie spuści wody w toalecie i czepiam się, jak ktoś nie przychodzi do pracy. Wreszcie pojechaliśmy na turniej, mając drużynę porozkładaną jak klocki lego świeżo po wyjęciu z pudełka. A że zawieruszyła się gdzieś instrukcja obsługi, to trener zaczął kombinować – tego tu, tamtego tam, albo odwrotnie, albo jeszcze inaczej, albo dawaj jakiegoś, którego jeszcze nie widziałem. Albo rozłóżmy wszystko i spróbujmy od początku, tylko odwrotnie. Zbigniew Boniek dał Paulo Sousie bardzo mało czasu, a ten zamiast stracony czas spróbować nadrobić, to zaczął go beztrosko trwonić, miotając się między jedną koncepcją a drugą (taktyka, liczba napastników) i między jednymi wyborami personalnymi a innymi. Jak to ładnie ujął Bogusław Kaczmarek: „nie da się zagrać spektaklu bez próby generalnej”. Gdyby polski szkoleniowiec wprowadził taki chaos, to jedyne pytania, na jakie by odpowiadał, dotyczyłyby dymisji. Nie potrafię znaleźć ani jednego elementu, w którym Portugalczyk pomógłby temu zespołowi i tym piłkarzom. Ani jednego. Cały nasz optymizm przed turniejem opierał się na tym, że Słowacja jest słaba. Okazało się, że nie aż tak słaba, by przegrać z nieposkładaną w żaden sposób Polską. Jedynie Andora była wystarczająco słaba. Węgry nie, Islandia nie, Słowacja też nie. Andora. I nie o to chodzi, że porażka jest winą Sousy. Chodzi o to, że jest także winą Sousy. On miał zminimalizować ryzyko przegranej, a tymczasem to ryzyko spotęgował. Da się wygrać bez trenera, da się też wygrać wbrew trenerowi. Ale w idealnym świecie selekcjoner dodaje coś ekstra. Tutaj niczego ekstra nie dostrzegam, wręcz przeciwnie. Dostrzegam bęben maszyny losujące, który wskazuje powołania, taktykę i podstawowy skład. Nie, nie będę teraz pisał, że zwolnienie Jerzego Brzęczka było błędem, bo nie było. Ale po pierwsze należało dokonać go zdecydowanie wcześniej, a po drugie – należało zatrudnić trenera, który miałby świadomość czasu. Który by wiedział – bo na przykład miał to okazję kiedyś przeżyć – jak przygotować zespół narodowy, mając zaledwie pięć spotkań do dyspozycji. I dodatkowo poinstruować go, że ta praca to także konkretne wymagania – nie można być selekcjonerem z home office, mieszczącego się kilka tysięcy kilometrów dalej. Nająłeś się do tej roboty, to tu przyleć – zacznijmy od absolutnych podstaw, jak od mycia rąk. Dyskutuj z ludźmi, spotykaj się, obserwuj, reprezentuj, wyciągaj wnioski. A więc może – tak dziś sądzę – nie ten moment i nie ten człowiek. Reklama Ktoś powie: mecz zawalił Krychowiak. Zgodzę się. Ale zanim Krychowiak zawalił mecz, to graliśmy kilkadziesiąt minut bez celnego strzału (co Jan Bednarek nazwał „kontrolą spotkania” – strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdybyśmy nie mieli kontroli). Ponadto zanim nam zawalił mecz, to grał na tyle beznadziejnie, że można było go zdjąć z boiska. Ale można też było polecieć do Rosji, porozmawiać z jego trenerem, pooglądać tam treningi – i zastanowić się, czy nie powinien grać na takiej pozycji, jak w klubie. Jednym słowem: popracować. Teraz nikt nie będzie się czepiał Linettego, bo strzelił gola, ale trudno mi nie odnieść wrażenia, że zagrał na pozycji, która była wymarzona dla Sebastiana Szymańskiego, mającego za sobą świetny sezon. Ale żeby to wiedzieć, należało – no właśnie – polecieć do Rosji, porozmawiać z jego trenerem, pooglądać tam treningi – i zastanowić się, czy nie powinien grać na takiej pozycji jak w klubie. Jednym słowem: popracować. Moim zdaniem mamy za sobą okres zaniedbań, przykrytych ładną angielszczyzną, która w Polsce rozczula najtwardszych. Reklama Ale fakty są takie: na dziś jesteśmy jedną nogą poza Euro i jedną nogą poza mistrzostwami świata. Nie zbudowaliśmy niczego i nie osiągnęliśmy niczego. Żeby za kilka dni nie okazało się, że Mister Thank You powinien podziękować jeszcze raz, ale już nie za pytanie… Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] Euro 2020 Krzysztof Stanowski Paulo Sousa reprezentacja Polski Autorzy Wczytaj wszystkich autorów

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Nie spotkało mnie w piłce nic bardziej elektryzującego niż oglądanie Leo Messiego na żywo. Nie zliczę, ile jego bramek zobaczyłem, nie mam zielonego pojęcia, ile razy podrywał mnie z miejsca. A jako że widziałem w zasadzie wszystkie „normalne” mecze, jakie chciałem zobaczyć – finały mistrzostw świata czy Europy, finały Ligi Mistrzów, europejskie klasyki – to miałem już tylko jedno marzenie tego rodzaju: zobaczyć pożegnalny mecz Messiego na Camp Nou. Wszystkie inne spotkania to ta sama historia opowiada po raz kolejny, przez innych zawodników, w innych strojach, podobne banalne akcje, zwyczajne strzały. Przyznam szczerze: znudziło mnie to. Został mi do zaliczenia tylko ten jeden, jedyny mecz, który traktowałem jako „must watch” – pożegnalny. Mecz kończący historię idealną. Historię chłopca, któremu klub pomaga stać się mężczyzną i mężczyzny, który klubowi pozwala stać się arcyklubem. Mecz kończący być może także jakiś etap mojego życia: szalonej futbolowej pasji. Reklama Zastanawiałem się, ile będą kosztować bilety. Ilu będzie chętnych? Jaką to spotkanie będzie miało widownię na całym świecie? Teraz okazuje się, że takiego meczu może nie być. Że raczej go nie będzie. Że ta historia zostanie utopiona w toksynach wylewających się z gabinetów działaczy. Reklama Czy dziwię się Messiemu, że chce odejść? Nie. Popierałbym go, gdyby chciał zostać i popierałbym, gdyby chciał odejść. Mianowicie chciałbym tylko widzieć go szczęśliwego i cieszącego się grą. On sam wie, co czuje. Jeśli uznał, że już nie ma na to szans na Camp Nou, to trzeba szukać innych rozwiązań. Życie jest za krótkie, by tkwić w związkach wyłącznie z przyzwyczajenia. Życie jest też za krótkie, by robić za Syzyfa i jeszcze zbierać za to po głowie. Projekt sportowy FC Barcelony runął i jeśli widzi to każdy z zewnątrz, to tak samo widzi to każdy od wewnątrz. Polityka transferowa, która nie ma najmniejszego sensu i trenerzy z przypadku – z nowym na czele, który Luisa Suareza (trzeciego strzelca w historii klubu, zdobywcę większej liczby goli niż legendarni Laszlo Kubala i Josepa Samitiera) pożegnał minutową rozmową przez telefon. Prezes, który z roku na rok prowadzi klub w sposób wzbudzający niedowierzanie. Atmosfera pełna duszności i pretensji. Nikt nie ma prawa traktować Lionela Messiego jako niewolnika jego własnej lojalności. Jak nikt inny, może powiedzieć: mam dość. Nie wiadomo, jak to zamieszanie się zakończy. Być może koniec będzie jeszcze bardziej żałosny, niż mogliby się spodziewać nawet najwięksi antagoniści zarządu Barcy – to znaczy dojdzie do sporu prawnego pomiędzy prezesem Barcelony i największą legendą tego klubu. Sporu o to, czy Messi mógł wymówić umowę i sporu, który – znając życie – Barcelona przegra. A może dojdzie do gabinetowej rewolty i próby ocalenia Argentyńczyka dla Katalonii? Próby, nawet jeśli rewolta się powiedzie, zapewne nieskutecznej, bo nie wierzę, że Messi chce podłożyć bombę w gabinetach. Sądzę, że on po prostu chce spędzić ostatnie trzy, cztery albo pięć lat kariery na graniu w piłkę, a nie odgruzowywaniu klubu (zwłaszcza, że ma pełne prawo nie wierzyć, że odgruzowanie się uda). Nie wydaje mi się, żeby za dzisiejszymi doniesieniami stała polityka, taktyka i kalkulacja. Zarząd Barcy doprowadził do niemożliwego: do momentu, w którym faktycznie Messi podejmuje próbę ucieczki. Reklama Władze Barcelony tego oczywiście nie przetrwają – socios zetną głowy w marcowych wyborach. Wtedy już Lionel Messi będzie – mam nadzieję – szczęśliwy, ale – no niestety – w innym miejscu. Co oznacza, że w weekendy będę miał jeszcze mniej czasu, bo oprócz obowiązkowego oglądania meczów Barcy – pewnie meczów pełnych przygnębienia i nostalgii – dojdzie obowiązkowe oglądanie argentyńskiego wirtuoza. Reklama Kiedy Pep Guardiola odchodził z Barcelony, z głośników poleciała piękna pieśń Lluisa Llacha: „Obyśmy byli szczęśliwi i znaleźli wszystko to, czego brakowało nam wczoraj” Puszczę ją sobie dzisiaj. Reklama KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] FC Barcelona Leo Messi Lionel Messi

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

W dniu, w którym mistrz Polski przystępuje do europejskich pucharów musimy się zastanawiać nie tylko nad jego składem i taktyką, ale też… nad składem i taktyką Sanepidu. Czy się komuś to podoba, czy nie, dzisiaj Legia Warszawa musi polegać na łasce inspekcji sanitarnej. Gdyby lokalnie na jej czele stał ktoś, kto Legii z dziada pradziada nienawidzi, miałby pełne prawo powiedzieć: wszyscy zawodnicy na kwarantannę! Ale chodzą słuchy, że akurat stoi ktoś, kto Legię bardzo lubi, więc powie: wszyscy na boisko. Reklama Mamy więc całkowicie nonsensowną, naznaczoną przypadkiem edycję europejskich pucharów. Żeby przebrnąć przez eliminacje, trzeba wykazać się nie tylko na boisku, ale także poza nim. Należy mieć dobre kontakty z miejscowymi służbami, a także szczęście w losowaniu. Piłkarze z Kosowa mieli o tyle pecha, że mecz z Linfield wyznaczono w Szwajcarii, a tam nikt się nimi specjalnie nie przejmował: kwarantanna, a co za tym idzie – walkower. Gdyby Legia miała zagrać dzisiaj w Szwajcarii, lub po prostu na wyjeździe, też nie wiadomo, czym by się to skończyło (tzn. w Szwajcarii wiadomo: walkowerem). Podobnie jak nie jest do końca jasne, co byłoby ze spotkaniem Lecha, który wylosował rywala z Łotwy, a lecąc tam Polacy muszą przejść 14-dniową kwarantannę – na szczęście mecz odbędzie się w Poznaniu… Sport zszedł więc na dalszy plan, w pierwszej kolejności trzeba utrafić taki wariant, w którym samo rozegranie spotkania jest możliwe, biorąc pod uwagę aktualną listę zakażonych i miejscowe prawo. Reklama Kibice często mówią: ale przecież UEFA nakazuje grać, dopóki jest 13 dostępnych do gry piłkarzy. To prawda, ale UEFA to w sumie dokładnie to samo, co federacja podnoszenia ciężarów, skeletonu, gimnastyki artystycznej, tenisa czy kolarstwa szosowego. Mówiąc krótko – jakaś tam sportowa organizacja, która zajmuje się pojedynczą dziedziną sportu. Nie ma ona żadnego przełożenia na miejscowe prawo i sposób walki z pandemią, co zresztą sytuacja w Szwajcarii (UEFA ma tam siedzibę) i orzeczony walkower najlepiej pokazują. W momencie, gdy jakaś drużyna trafia na kwarantannę, to po prostu nie ma dostępnych do gry piłkarzy – i nie gra. Ponadto jest wśród pewne niezrozumienie w zakresie „zdrowych” piłkarzy. W kwarantannie chodzi między innymi o to, że wirusa można wykryć najwcześniej po około pięciu dniach po kontakcie z osobą zakażoną. Kiedy więc klub informuje, że „mamy jednego zakażonego”, ale za to „wszyscy pozostali są zdrowi”, nie ma to większego sensu, poza sensem PR-owym. Jak ktoś ładnie wczoraj ujął, badanie na koronawirusa robione dzień po kontakcie z zakażonym ma tyle samo sensu, co robienie testu ciążowego dzień po stosunku. Dlatego osoby mogące być potencjalnie zakażone, są izolowane i badane w określonym czasie. Reklama I teraz dochodzimy do momentu, w którym ktoś mówi: – Zróbmy dla piłkarzy wyjątek. Reklama A ja to trochę (bardziej niż trochę) rozumiem: w przeciwieństwie do meczów krajowych – które były przenoszone w ostatnim czasie – tutaj pociąg po prostu odjeżdża i odjeżdża na zawsze bez ciebie, co niesie za sobą opłakane skutki. Dlatego to dobrze, że Sanepid się zastanawia: jakie środki ostrożności są rzeczywiście konieczne, a jakie byłyby zbyt drakońskie, biorąc pod uwagę następstwa? Kiedy ktoś mówi o nierówności wobec prawa, bo wiele zespołów – nawet ekstraklasowych – w ostatnim czasie było na kwarantannie, to jednak najpierw dostrzegam nierówność wobec ewentualnych konsekwencji kwarantanny: po prostu nie da się tego w żaden sposób zestawić. Ale też nie jest to sprawa czarno-biała, w tym sensie, że prawo nie powinno być inne dla małych, i dla dużych. Nie chodzi mi w tym momencie o to, by Legię blokować – absolutnie – lecz o to, by może w ogóle zrewidować pogląd na kwestię kwarantanny. Bo jednak czuję absmak, gdy zamykane są z powodu kwarantanny lokale gastronomiczne albo hotele, gdy całe firmy muszą przerwać działalność (to wszystko często oznacza problemy finansowe wielu rodzin), a akurat firmy piłkarskie tłuką dalej, bo lubimy sobie piłeczkę oglądać. Dlatego może to czas, by się zastanowić, na jakim etapie pandemii jesteśmy i czy kwarantanna dzisiaj jako taka jest skuteczna i konieczna. Inaczej myśleliśmy o wszystkim w marcu, gdy widzieliśmy dramatyczne doniesienia z Włoch i Hiszpanii, gdy nie wiedzieliśmy do końca, co wydarzy się dalej, a inaczej myślimy dzisiaj, gdy ponad 90 procent respiratorów w Polsce stoi nieużywanych. Jeśli chcemy wyważyć, czy dla kwarantanny warto rujnować klub piłkarski, to powinniśmy też wyważyć, czy warto rujnować małą knajpkę w Świeradowie. Oczywiście, wszystkie te rozważania są w pewien sposób życzeniowe, bo jeśli się okaże, że jeden z piłkarzy dowolnego klubu miał jakieś niewykryte schorzenia, które w połączeniu z COVID-em rozłożą go na poważnie na łopatki, albo nawet doprowadzą do śmierci, to będzie bardzie nieciekawie i ktoś, kto podejmował takie, a nie inne decyzje (grać bez względu na konsekwencje) nie będzie w stanie spojrzeć sobie w lustro – a przecież nie można takiego scenariusza traktować jako kompletnego science-fiction. Niemniej dzisiaj wszyscy chcą takie ryzyko podejmować i zapewne jest to najbardziej logiczne ze wszystkich nielogicznych wyjść z tej zagmatwanej sytuacji. Reklama Kwalifikacje do fazy grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy, które trwają na całym kontynencie, z rywalizacji sportowej zamieniły się w rywalizację, kto ma łagodniejsze prawo, kto po prostu lepiej oszukuje i ukrywa przypadki zakażenia, kto bardziej przekonująco kłamie w sprawie zachowanych środków ostrożności („tak, tak, panie władzo, w autokarze mieliśmy na sobie maseczki i siedzieliśmy w odstępach”), dopiero na sam koniec idzie o strzelenie goli. W pierwszej kolejności jest to więc parada oszustów… Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Trudno nie odnieść wrażenia, że w sprawie Cracovii nie istniało dobre rozwiązanie, ale jednak dało się tę sprawę przeprowadzić lepiej. Albo napiszę inaczej: nie dało się jej przeprowadzić gorzej. Reklama „Negocjacje były długie, trudne” – mówi Janusz Filipiak w rozmowie ze sport.pl i wcale nie opowiada o transferze piłkarza do swojego klubu, ale o rozmowach z PZPN na temat kary za korupcję. Nazywa je wprost „negocjacjami” i jeszcze dopowiada, że sam się w nie włączył, ale „dopiero w końcówce”. To chyba pierwszy przypadek w historii polskiej piłki – a na pewno ja o innym nie słyszałem – gdy klub ustalał z organami dyscyplinarnymi związku, jaka kara mu odpowiada, a jaka nie. „Na takie rozwiązanie się zgodziliśmy” – stwierdza w końcu, a ja się zastanawiam, czy w przeszłości inne kluby godziły się na to, by je degradować. Hmm, raczej nie pytano nikogo o zgodę. Reklama Trudno jest sprawiedliwie ukarać klub 16 lat po zdarzeniu, ja to wiem. Ale trudno jest też sprawiedliwie ukarać klub 6 lat po zdarzeniu, bo wówczas też w 99 procentach cierpią ludzie przypadkowi. A i 2 lata w futbolu to czasami wieczność. Im więcej o tym myślę, tym bardziej ta perspektywa czasowa przestaje dla mnie mieć znaczenie. Dziennikarz TVP Sport Mateusz Miga dokopał się do wypowiedzi Janusza Filipiaka z 2003 roku, gdy ten opowiadał, że w Cracovii ma pełnię władzy. Już o tym nie pamięta? Teraz ten sam Filipiak mówi (znowu sport.pl)” „Naprawdę mogliśmy się dalej bronić, przeciągać sprawę, grać na to, że przecież ciągle wina tych dwóch osób nie jest ostatecznie przesądzona, że w sądzie apelacyjnym oskarżeni o ustawianie meczów wcale nie muszą mieć utrzymanych wyroków”… I to jest właśnie dla mnie sedno tej sprawy: „mogliśmy dalej się bronić, przeciągać sprawę”. 16-letnie przeciąganie sprawy dzisiaj stało się argumentem numer 1 na obronę – czy to nie niedorzeczność? Grano na czas, a teraz czas ma zmniejszać odpowiedzialność? Czytam te wypowiedzi Filipiaka i widzę w nich jedynie bezczelność. On się czuje pokrzywdzony, bo jego zdaniem kiedyś Bełchatów został potraktowany łagodniej. Nie mówi o Koronie, Arce, Zagłębiu, Widzewie i innych klubach, tylko uczepił się tego Bełchatowa i wydaje mu się, że komuś wmówi, że białe jest czarne. Że ktoś na te manipulacje się nabierze. Dodatkowo opowiada, że Cracovię „stać na to, piłkarsko i finansowo, by zamknąć tę sprawę na tym poziomie”. Czyli mówi wprost, że ani finansowy, ani sportowy wymiar kary nie jest dla niej bolesny. To kpina. Totalna kpina, splunięcie w twarz kibicom z całej Polski. Żałosna paplanina, w której nie ma nawet namiastki przeprosin, jest jedynie buta. „Miałem już dość tej szemranej propagandy” – stwierdza, jakby był stroną pokrzywdzoną. Och, gdyby chociaż on miał tyle przyzwoitości, aby nic nie mówić. Po prostu pomilczeć trochę, z pokorą przeczekać burzę. Ale nie – on musi, po prostu musi, bo nie potrafi się powstrzymać, wygłosić swoje mądrości. Reklama I czy to aby na pewno koniec „szemranej propagandy”? A może teraz właśnie ludzie zaczną mówić – nie bez przyczyny – że negocjacje, o których wspomina sam Filipiak, sprowadzały się do kary finansowej zamiast większej kary punktowej? Do tego, by punkty raz jeszcze odkupić, ale tym razem w samej centrali? Taki punkt widzenia to dla jednych spiskowa teoria, a dla innych racjonalne, chłodne podejście do tego, co się właśnie na naszych oczach stało. Można zadać pytanie, czy te aktualne „negocjacje” różniły się od negocjacji z 2004 roku, poza tym, że już nie rozmawiano na stacji benzynowej? I tu pieniądze, i tam pieniądze. I tu punkty, i tam punkty. Reklama Dlatego więc w moich oczach Filipiak niczego nie zamknął, a wręcz przeciwnie – w moich oczach właśnie teraz otworzył dyskusję. Otworzył tę dyskusję także PZPN, bo teraz już każdy będzie mógł zapytać: ile chcecie? Milion wystarczy? Jakkolwiek by patrzeć, Polski Związek Piłki Nożnej zarobił na czynach korupcyjnych Cracovii milion złotych. Przehandlowano proces krakowskiego klubu za równowartość mieszkania na Mokotowie. Ale pojęcie wstydu w polskiej piłce nie występuje. Jagiellonia wydaje oświadczenie w sprawie szwedzkiego piłkarza Rajalakso, lecz napisane w taki sposób, że każdy normalny czytelnik odczuwa głębokie zażenowanie. Legia Warszawa hucznie świętuje 15 mistrzostwo Polski, mimo że tych mistrzostw ma jedynie 14, gdyż jedno brakujące było kupione i zostało klubowi odebrane – ale któż by się tym przejmował, przecież „wszyscy kupowali”. Cracovia z kolei sięga po Puchar Polski także dzięki główce skazanego za korupcję Davida Jablonskyego, który tak długo wykorzystywał sztuczki prawne, że aż zdążył odwlec dyskwalifikację i zagrać w finale (już dawno został skazany przez czeski sąd). Ale skoro chłop umie dobrze uderzyć głową, to dlaczego ktoś miałby się przejmować tym, że ustawiał mecze? Janusz Filipiak uściska go serdecznie i wypłaci premię. Drodzy państwo, rzygać się chce. Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected]

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Kiedyś już o tym wspominałem, a że lubię grać w otwarte karty to do tego wracam – dostałem propozycję, by w swoim tekście poruszyć istotny moim zdaniem temat: urlopy ojcowskie. Początkowo miałem napisać artykuł w marcu, ale wówczas wybuchła epidemia i nikt nie miał do tego głowy. A teraz termin jest o tyle dobry, że dzisiaj Dzień Mamy, dodatkowo zbliża się Dzień Dziecka, a wielu z nas wychodzi z ukrycia po rekordowo długim… urlopie ojcowskim właśnie. Reklama Pierwsze pytanie brzmi, jak sobie poradziliście, drodzy panowie? Reklama Jak świat światem, role są jasno podzielone. Kobieta rodzi, a potem zostaje w domu z dzieckiem, natomiast mężczyzna idzie zarabiać pieniądze (inaczej mówiąc: zdobywać pożywienie i błyskotki). Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale jak to z wyjątkami bywa – jest ich niewiele. Mogły upadać mocarstwa, mogliśmy być świadkami technologicznej rewolucji, mogliśmy być też świadkami rewolucji obyczajowej, ale to się nie zmieniło bez względu na szerokość geograficzną czy wyznanie. I trzeba sobie, drodzy panowie, powiedzieć, że… mamy lepiej. Praca, jaką wykonać musi matka, jest mordęgą, wyczerpującą zarówno psychicznie, jak i fizycznie, mało rozwijającą, a może nawet czasami uwsteczniającą, bez gratyfikacji finansowej, samotną, a uśmiech dziecka stanowi rekompensatę tylko częściową. Myślę, że przez ostatnie dwa miesiące wielu z nas miało okazję się przekonać, czym jest opieka nad dziećmi 24/7. Owszem, można się z nimi świetnie bawić, można wprowadzać kreatywne gry, oglądać rozwijające filmy, ale któż z nas nie potrzebuje czasami odrobiny samotności i odsapnięcia? Ilu z nas zarzekało się, że co jak co, ale głupie filmiki z youtube’a nie będą w ich domu puszczane, lecz po miesiącu, szukając chwili tylko dla siebie… „Oczywiście, że możesz obejrzeć”. Wiele zasad poszło w niepamięć podczas tej kwarantanny, prawda? Przynajmniej u mnie w domu tak było, starszy syn grał w Fortnite’a znacznie częściej niż powinien. Ale ja… grałem razem z nim. Wiele codziennych czynności stało się czynnościami wspólnymi. Myślę, że – jakkolwiek to zabrzmi – dzięki tej kwarantannie wielu rodziców jeszcze lepiej poznało swoich synów i córki. I jak to w życiu: były pozytywy i były negatywy. Oczarowania i rozczarowania. Koronowirus na moment zrobił to, czego nie mogły zrobić żadne organizacje państwowe czy pozarządowe – usadził ludzi w domach bez względu na płeć, co z kolei wyrównało obowiązki rodzicielskie. I to jest pozytywne zjawisko. Uważam, że mężczyźni (prawdziwi mężczyźni) powinni odciążać kobiety, czasami też pobrudzić się kupą niemowlaka czy dać się obrzygać mlekiem, nawet tylko po to, by one – matki – mogły przez godzinę zupełnie nic nie robić. Łatwo wpaść w pułapkę pod tytułem „wróciłem z pracy, teraz mam wolne”, zapominając, że ona w pracy była cały czas, nie musiała nawet wychodzić. Ale trzeba też pomagać dlatego, że na sam koniec ta ciężka robota przy dziecku jest tym, co się w życiu liczy i co gdzieś tam w nas zostaje, czasem jako nienazwana więź emocjonalna. Reklama Drugie pytanie brzmi, drodzy panowie, czy podczas pandemii nie dotarło do was, że coś wam w życiu umyka? Reklama Że – owszem – dobrze jest wyjść, mieć swój świat, a potem dom, w którymś ktoś czeka. Ale coś za coś. Jestem ciekaw, za którą wersją będziecie tęsknili bardziej: za siedzeniem w domu z dziećmi, nawet jeśli bywa to frustrujące, czy może za wychodzeniem do pracy, nawet jeśli dużo was omija. I teraz dochodzimy do meritum. IKEA przygotowała raport, w którym czytam: Badania wskazują, że ciągle to 94% kobiet zostaje z dzieckiem w domu, a tylko 6% mężczyzn decyduje się na taką opiekę. Częstsze wykorzystanie urlopu przez matki i związane z tym absencje to jedna z przyczyn różnic w płacach kobiet i mężczyzn na świecie. W konsekwencji powoduje to mniejsze możliwości rozwoju zawodowego młodych mam lub rezygnację z awansu. Sytuacja ta jest często wyzwaniem dla rodziców i stanowi błędne koło. Istotne jest więc, aby wdrażać inicjatywy, które będą odpowiedzią na ten problem. Reklama W Polsce, pierwsze 14 tygodni urlopu macierzyńskiego przeznaczone jest wyłącznie dla matki. Ojcowie mają do swojej dyspozycji 2 tygodnie z tytułu urlopu ojcowskiego. Łącznie rodzice mają do wykorzystania 52 tygodnie na opiekę nad dzieckiem, z czego 20 tygodni to urlop macierzyński, a pozostałe 32 tygodnie to urlop rodzicielski. Ten drugi jest do podziału między rodziców. Jednak zaledwie 6 tygodni urlopu rodzicielskiego jest pełnopłatnych (100%), a pozostałe są płatne tylko w 60%. Dlatego, w przypadku, gdy to ojciec jest głównym żywicielem rodziny lub zarabia więcej, zazwyczaj nie korzysta on z tej możliwości. Reklama W samej firmie IKEA wprowadzono dodatkowy miesiąc w pełni płatnego urlopu ojcowskiego. Uważam, że to inicjatywa godna poparcia, nawet jeśli zostałem przez IKEA namówiony na ten tekst. To jest po prostu obiektywnie rozwiązanie dobre i ważne. My jako mężczyźni chcemy uczestniczyć w pierwszych miesiącach życia naszych dzieci (w kolejnych, rzecz jasna, też), ale też my – jako odpowiedzialni mężczyźni – chcemy, aby nasze żony nie zmieniały się nieodwracalnie w kury domowe, ale by dalej mogły być osobami, które się realizują w swoich pasjach zawodowych i prywatnych. Jest im trudno, to jasne, często znikają z rynku pracy, a pracodawcy niekoniecznie w pierwszej kolejności chcą zatrudniać młode matki – bo wiedzą, z czym to się wiąże. Ale dla nas wszystkich – dla zdrowia psychicznego, dla normalnego funkcjonowania rodziny – musimy próbować tę sytuację trochę odmieniać. Traktuję ten dodatkowy urlop ojcowski jako pierwszy krok. Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Matek, bo wykonują – lub wykonały w przeszłości – pracę, która jest ważniejsza i trudniejsza niż te wszystkie pozycje wpisywane w CV na LinkedIn. Reklama Reklama Reklama Reklama Loading...

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Ze stałych rzeczy w Polsce, mamy o jedną mniej – lista przebojów Trójki przechodzi do lamusa, tzn. być może będzie toczyła się jej bezzasadna już egzystencja, ale nie za długo, zwłaszcza, że i całe radio można zamykać. I tak było to radio o niewielkim udziale w rynku, trochę radio dla niedobitków, a teraz to już zupełnie dla nikogo. Reklama Ostatnio w dobrym tonie jest pisanie, że ktoś się na Trójce wychował, ale teraz już przestaje jej słuchać. I tak niektórzy już przestają jej słuchać po raz piąty w ciągu ostatnich dwóch lat – ale „teraz to już na pewno”. Ja akurat na Trójce ani się nie wychowałem, ani jej raczej nie słuchałem (z dzieciństwa kojarzę raczej „Lato z radiem”, czyli Jedynkę), chyba że przez przypadek. Ale mimo że emocji ta stacja we mnie akurat nie wywołuje żadnych, to ostatnie zamieszanie jak najbardziej wywołało – pewnie ze względu na nieskrywany sentyment do twórczości Kazika. Reklama Mechanizm jest stary jak świat. Na wysokie stanowisko wskakuje ktoś, kto podskórnie czuje, że to nie jest jego rola i robi wszystko, by opóźnić nieuniknione – utratę stołka. Stara się więc w swej nadgorliwości zgadywać, co odpowiednim ludziom mogłoby przeszkadzać, czego mogliby oczekiwać i na ile może sobie pozwolić. Nadgorliwość połączona ze strachem odbiera rozum i w efekcie taki ktoś zamiast pożary gasić to je wznieca. Jak już płonie wszystko wokół, to płacze przed obliczem przełożonego, że przecież chciał jak najlepiej, ale i tak dostaje kopa w dupę (ten odcinek jeszcze przed nami). Zanim jednak obejrzymy finał tej historii, czekają nas jeszcze próby odwrócenia nieodwracalnego. Słyszymy więc o nowym systemie liczenia głosów, budowania regulaminów, przy okazji oczywiście słyszymy też, że Niedźwiecki kapował dla SB, albo brał kasę za umieszczanie piosenek na liście od kapeli weselnej spod Przasnysza, w zasadzie to był sprzedajną, ruską mendą i tylko przez przeoczenie pracował jeszcze w poprzednim tygodniu (na szczęście naprawiono i to). Na Twitterze wyraziłem rozbawienie faktem, że w 2020 roku ktoś na serio podnosi argument, że jakiś pan od puszczania muzyki w radiu rzekomo kilkadziesiąt lat temu miał pseudonim. Ojej, ależ się na mnie rzucili. Że nie znam historii, że jestem idiotą, że dla mnie liczy się tylko kasa, że moi rodzice też pewnie donosili, że ofiary SB takich wpisów mi nie wybaczą, że w katowniach łamano ludzi. No, dużo tego było. Niemniej po przeczytaniu tych wszystkich wpisów wciąż nie mogę ukryć rozbawienia, że w 2020 roku ktoś na serio podnosi argument, że jakiś pan od puszczania muzyki w radiu rzekomo kilkadziesiąt lat temu miał pseudonim. Ja rozumiem, że w czasach dawnych kontakt z zagraniczną muzyką był utrudniony i z tego powodu ktoś, kto wciskał play mógł zbudować niesamowitą rozpoznawalność, ale wciąż był to ktoś, kto wciskał play i wciąż jest to dziś ktoś od wciskania play. Z tego względu kult Niedźwieckiego wydaje mi się zarazem zrozumiały, jak i groteskowy – wykonywał czynność nieskomplikowaną, którą mogłoby wykonywać wielu (oczywiście wykonywał ją dobrze), ale że robił to we właściwym czasie to urósł do rangi symbolu. Jak więc widać, nie jest to żaden mój idol, a że prywatnie człowieka nie znam, to mogę z równym prawdopodobieństwem zakładać, że jest to gość bardzo w porządku, albo że to hiena wyjątkowa. Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie interesuje. No ale pseudonim. Reklama Do soboty Marek Niedźwiecki był po prostu Markiem Niedźwieckim, który pracował sobie spokojnie w państwowym radiu, ale koło niedzieli stał się komunistycznym kapusiem. Wszystko w myśl zasady, że nasz komuch to dobry komuch (zazwyczaj komuch rozwalający organizację od środka, w najgorszym razie nieszkodliwy i zaszczuty), w przeciwieństwie do ich komucha, który był złym komuchem, takim, któremu historia nie wybaczy. Niedźwiecki w kilka chwil stał się ich. No więc kapusiem. Reklama Gdyby ten kapuś narobił komuś realnych krzywd, gdyby zniszczył komuś życie, to pewnie i mnie by uwierał, ale póki co nikt mi nie odpowiedział na pytanie, komu konkretnie te krzywdy wyrządził i komu złamał życie. Dowodem na jego nikczemność jest to, że nie ma dowodów, a skoro dowodów nie ma, to znaczy, że było ich tak dużo i były tak mocne, że postanowiono je zniszczyć. Mamy więc sytuację, w której brak dowodów obciąża bardziej niż dowody i można z interpretacją przeszłości posunąć się w najciemniejsze zakamarki. „Ale miał teczkę” – odpowiadają sędziowie z Twittera i to jest argument nie do zbicia. Wprawdzie nie wiadomo, w jakich okolicznościach ją założono, czy go straszono, czy może po prostu obiecano, że będzie mógł normalnie pracować jako dziennikarz muzyczny, a on sam pomyślał sobie, że nigdy nikogo nie podkabluje, ale dla świętego spokoju i chęci pracy uda, że się zgadza i w ogóle. Nic nie wiadomo, ale to przecież tym gorzej. Mnie wyciąganie pseudonimu u pana od muzyki w 2020 śmieszy i nic na to nie poradzę. Gdybyście mi powiedzieli, że muzykę puszcza koleś, który posłał kumpla za kraty na 15 lat to podszedłbym do tego inaczej, ale na dzisiaj pan od muzyki miał teczkę. Ludzie. Mam 37 lat, czyli wcale nie jestem już taki młody. Ludzie młodsi ode mnie o 19 lat mają prawa wyborcze. W ogromnej większości mają w dupie, że kiedyś było jedzenie na kartki, albo przydziały na samochód. Mają też w dupie te wszystkie pseudonimy i solidarnościowe, kombatanckie historie. Interesuje ich wizja Polski w roku 2025, 2030, 2035… Z idoli to mają Elona Muska, a nie Henrykę Krzywonos, a jeśli chodzi o muzykę to wolą Spotify od Trójki. I nic na to nie poradzicie. Osobiście mam po dziurki w nosie grania wątkiem Solidarności, Magdalenki, Stoczni i Porozumień. Rozumiem ludzi, dla których to jest bardzo ważne, to zdefiniowało ich życie, ale od tego są odpowiednie rocznice czy obchody. A w bieżącej polityce, w dzisiejszym życiu interesuje mnie przyszłość. To mielenie, kto jaki miał pseudonim i czy miał na pewno, co było w teczce, zanim zaginęła – no spoko, to jest ważne w przypadku kluczowych osób w państwie i odkłamywania historii, ale jednak do przodu trzeba iść. Trzeba z Żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe: A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę! Reklama Nadejdzie moment, w którym granie teczkami stanie się już tylko zajawką dla największych hardkorów oraz dla najstarszych, jeszcze pamiętających tamte czasy osób (ale ta grupa z przyczyn oczywistych już się kurczy, a z czasem skurczy się całkowicie). Cała reszta społeczeństwa będzie interesować się rzeczami aktualnymi, własną lodówką, no i przyszłością. Oczywiście nie mam nic przeciwko, abyście moje podejście uważali za głupie, a mnie samego za idiotę, gdybym był trochę starszy to pewnie i za szpicla, ale naprawdę – mam to gdzieś. Po prostu mi się już ulewa od ciągłego tkwienia jedną nogą w wydarzeniach minionych. Reklama A teraz Kazik, który narobił zamieszania ogromnego. Jeszcze z tydzień przed całą aferą napisałem, że o ile Tede totalnie przestrzelił w swoim słynnym antyrządowym monologu, o tyle Kazik trafił w środek tarczy. Było kwestią czasu, aż piosenka się rozniesie, chociaż do aż takiej sławy potrzebny był pożyteczny idiota, który akurat się trafił. Jako że mamy kampanię wyborczą, najdziwniejszą konstatacją jest to, że dzisiejsza opozycja wybory może wygrać pod jednym tylko warunkiem: że absolutnie nie będzie się odzywać, nawet nie powinna wyściubiać nosa poza dom, bo wtedy stanie się to co zawsze – wpadka zacznie gonić wpadkę. Na to jednak żądza lansu nie pozwoli – wyjdą, otworzą gębę i będzie po ptokach. Jedyną osobą, która faktycznie mogłaby te wybory wygrać jest Kazik Staszewski, lecz wyłącznie pod warunkiem, że nikt nie będzie mu przeszkadzać. Najciekawsze jest to, iż sam Kazik chyba nie zamierzał odgrywać aż tak wielkiej roli, bo i jemu – tak się zdaje – z tą opozycją nie do końca po drodze. A na sam koniec pierdołowata opozycja i tę piosenkę przegrzeje, zamiast dać się sprawom toczyć swoim rytmem. Goździkowej rewolucji w Polsce nie będzie, będzie jedynie okolicznościowa piosenka, zapowiadającą złotą płytę. Innych nowości nie przewiduję. KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Rok temu pomiędzy właścicielami klubów Ekstraklasy doszło do mocnego starcia. Rada Nadzorcza ESA – składająca się z topowych klubów – przeforsowała inny podział środków z kontraktu telewizyjnego, premiując… topowe kluby. Na nic były późniejsze protesty maluczkich, na nic utyskiwania klasy średniej. Reklama Kto by pomyślał, że sytuacja… aż tak się odwróci. Reklama Dzisiaj kluby tną pensje i – niektóre – zwalniają ludzi. Argumentem jest oczekiwanie na ostatnią transzę pieniędzy od Canal+. Ale sęk w tym, że poza klubami z TOP4, cała reszta już prawie wszystkie należne pieniądze od telewizji otrzymała. Do rozliczenia pozostały tak naprawdę ogryzki za miejsce w tabeli, bo tak należy traktować pieniądze rzędu 350 000 – 2 000 000 złotych. Owszem, to ciągle sporo forsy, na ulicy się takiej nie znajdzie, ale nie są to sumy decydujące o być albo nie być. Największy problem mają potencjalni pucharowicze, którym na ten moment przepadło zdecydowanie najwięcej – a to dlatego, że sami tak poprzesuwali te telewizyjne budżety. Poszli na zwarcie i jak mawia młodzież – karma wróciła. Nie cieszy mnie to, natomiast widzę w tym pewną nauczkę: o strategicznych sprawach powinny decydować wszystkie kluby, a głos każdego z nich powinien ważyć tyle samo. Jak ktoś chce być solistą w czasach hossy to potem trudno mu się odnaleźć w grze zespołowej na potrzeby kryzysu. * Reklama W kolejnych klubach piłkarze dochodzą do porozumienia w sprawie obniżek. W kilku – negocjacje trwają. Jeśli wierzyć w to, co napisał Robert Błoński o rozmowach w Legii (a Robertowi Błońskiemu należy wierzyć, bo to dobry dziennikarz), to tam jest najostrzej. Nie same cięcia i nie samo zamrażanie, lecz cięcia i zamrażanie równocześnie, co oznacza, że np. Artur Jędrzejczyk miałby dostać 10 procent swojej pensji. Biorąc pod uwagę, że zawodnicy – znowu się powołam na Roberta – nie dostali jeszcze wypłaty za luty, a klub zwolnił kilkadziesiąt osób to mamy pogląd nieciekawej sytuacji. Reklama Moim zdaniem chaos potęguje brak klarownego komunikatu ze strony Canal+. Mijają tygodnie i wciąż nic nie wiadomo: zapłacą czy nie zapłacą? A jakakolwiek informacja jest lepsza od żadnej. W moim programie prezes Pogoni Jarosław Mroczek dość szlachetnie wypowiedział się, że nie oczekuje od Canal+ wypłaty pieniędzy za usługi, których on sam nie świadczy – źle by się czuł stosując jakąkolwiek presję. Szanuję ten punkt widzenia, ale uważam, że to wszystko jest system naczyń połączonych, w których szlachetna postawa ma sens dopiero wówczas, gdy szlachetnie zachowuje się każdy. W przeciwnym razie można zostać po prostu wykorzystanym. W każdym razie czekam na prosty komunikat. Niech telewizja w końcu powie: zapłacimy, jak dogracie, a jak nie dogracie, to nie zapłacimy ani złotówki. Reklama Wtedy może prezesi klubów będą mieli jasność, czy naprawdę muszą zwolnić sprzątaczkę i magazyniera, czy może jednak da się ich oszczędzić. Zwłoka służy chaosowi. Ale z drugiej strony… rozumiem taką zwłokę tylko pod jednym warunkiem: że C+ zapłacić nie chce. To samolubne, ale zrozumiałe – wtedy im później zakomunikuje swoją decyzję, tym później narazi się na ewentualny gniew klientów i najmniej ich straci, bo za moment przecież będzie ruszał kolejny sezon i znowu będzie można komunikować „Ekstraklasa w całości tylko u nas”. Reklama Kibic piłkarski jest idealną krową do dojenia, ponieważ nie może się obrazić i przeskoczyć do konkurencji, nie może strzelić focha, musi nadstawić się do dojenia ponownie. Jest to więc klient skrajnie lojalny, bo płaci nawet jeśli nie chce i nawet jeśli w maju czy czerwcu poczuł się oszukany. Z tego względu nie trzeba się nim specjalnie przejmować, bo i po co? Przejmować należy się klientami kapryśnymi. * Kupiłem internet mobilny, bo chciałem mieć z dwóch źródeł. Rozczuliła mnie reklama. Wkleję wam, co zobaczyłem na stronie internetowej. Reklama Reklama To tylko pokazuje, że kibic piłkarski traktowany jest jak idiota i wcisnąć mu można wszystko, bez żadnej refleksji: hej, może jednak byśmy tego nie oferowali, skoro w praktyce tego nie mamy. A co tam: to tylko u nas, to na wyłączność, to kupuj już dzisiaj. Na koniec: tego nie ma, to sprzedaliśmy innej telewizji na pół itd. Reklama I przypominamy, że wykupił pan u nas dostęp do kanału, a nie do tego, co w nim pokazujemy. Siema! Jak nie zrozumiałeś gamoniu, wciśnij 2. Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Sytuacja nie jest łatwa dla kogokolwiek. Jeśli dalej tak będzie, liczba firm, które padną porazi skalą, jakiej za naszego życia nie zaznaliśmy. Pospinanie budżetu – na każdym poziomie: domu, zakładu pracy, całego państwa – stanie się niezwykle trudne i chyba wszyscy musimy pogodzić się z myślą, że coś się na pewien czas skończyło. Potem oczywiście (no, oczywiście to może nie, ale oby!) nastąpi odwilż i eksplozja biznesów. Ale to potem. Nie wiadomo jeszcze, kiedy i czy na pewno w roku 2020. Reklama Na razie jest obgryzanie paznokci. Czytam wpis szklarza: – Co z tego, że mogę dalej produkować szyby, skoro dzisiaj nikt nawet nie wykonuje pomiarów? Reklama To są zawody, o których nie myślimy na co dzień, analizując konsekwencje kryzysu. Mówimy o gastronomii, hotelarstwie, transporcie, turystyce… Ale bezpiecznych przystani jest naprawdę bardzo, bardzo mało. Owszem, niektóre branże zyskają, ale będzie ich niewiele. Zdecydowana większość straci, liczba bezrobotnych wzrośnie nadzwyczajnie i kto wie, może siła robocza z Ukrainy wcale nie będzie już uchodzić za „tanią”. Kryzys będzie trwał tym dłużej, im dłużej nie zmienimy nawyków życiowych, które aktualnie powinny sprowadzać się – jeśli chodzi o aktywności pozadomowe – do pracy. Praca jest ważna, bez pracy się wszystko zawali (czego nie rozumieli piłkarze, gdy stwierdzili, że wolą nie pracować, ale dzisiaj już zaczynają ogarniać konsekwencje), ale wszystko inne schodzi na dalszy plan. Im dłużej będziemy siedzieć na tyłku w domu, tym szybciej wszystko ruszy na nowo. Trzeba pilnować siebie i innych. Jeśli dzisiaj nie zwracasz uwagi na to, że twoje dziecko całe dnie spędza poza domem i ma koronoferie, to potem się nie dziw, kiedy we wrześniu stracisz robotę. I nie miej o to pretensji. Młodzież szwendając się w nieskończoność doprowadza do ruiny tego szklarza z początku tekstu. I jego dostawcę. I jego pracownika. I jego rodzinę. Jak rzadko kiedy, jesteśmy wszyscy połączeni ekonomicznie. Są ludzie, którzy się zastanawiają, dlaczego rząd wprowadził takie obostrzenia, a nie inne. Na jakiej podstawie to zrobił. Czy trzeba przyjąć mandat, czy też można się odwołać. Czy jak mam wszy, to wyprowadzam zwierzątka na spacer, czy też wszy się nie wliczają. Internet jest pełny wiejskich filozofów, bojowników o wolność jednostki, albo opozycjonistów na siłę. Komuś może się rząd nie podobać i ja to doskonale rozumiem, ktoś może nienawidzić premiera i spoko – takie prawo demokracji. Ale dzisiaj innego rządu nie mamy i mieć nie będziemy, żaden inny premier nie wyda innych wytycznych, żadna inna władza odpowiedzialności za walkę z kryzysem nie weźmie. Najlepsze co możemy zrobić, to po prostu wykonywać polecenia. Jeśli uważasz, że wykonywanie poleceń tego rządu narusza twoje prawa lub masz w związku z tym po prostu pewien absmak, to ja uważam, że ty naruszasz moje prawo do bycia zdrowym i moje prawo do funkcjonowania w działającej sprawnie gospodarce. A twój absmak mam gdzieś. Reklama Mam więc wielką prośbę – ludzie, przestańcie ględzić. Albo mówiąc dobitniej – przestańcie pierdolić. Zrozumcie, że to wszystko jest dla waszego dobra. Jeśli chcecie mieć pracę, pieniądze i plany wakacyjne – wykonujcie polecenia. Masz jedno, główne polecenie: siedzieć na dupie. Robiłeś to przez większą część życia, tylko teraz nagle odezwała się w tobie żyłka maratończyka, kolarza, ornitologa? Nie bądź człowieku śmieszny i siedź na dupie. Spraw, by twoja mama też siedziała. I twoja babcia też. Wytłumacz, że nie musi iść do kościoła, ani na bazarek. Zamów jej zakupy przez internet. Reklama Swoje „mądre” pytania: – A dlaczego? A po co? A gdyby tak… Zachowaj je na idiotyczne kłótnie podczas Świąt Wielkiej Nocy. Przyszłorocznych Świąt, rzecz jasna. Reklama Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] koronawirus Krzysztof Stanowski

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Pierwszy raz w życiu otrzymałem propozycję finansową, aby we wtorkowym felietonie poruszyć chociaż trochę konkretną tematykę – mianowicie napisać o… urlopach tacierzyńskich i w ogóle relacjach ojców z dziećmi. Jako że stawka oferowana przez ogromny koncern była atrakcyjna, zgodziłem się. Reklama Wczoraj jednak musiałem wykonać telefon: – Słuchajcie, zamykane są stadiony, odwoływane mecze, wszyscy moi czytelnicy dyskutują o koronawirusie. Ja nie mogę wkroczyć w sam środek tego zamieszania i oświadczyć: „słuchajcie, urlopy tacierzyńskie są w porządku!”. Wyjdę na idiotę. I wy w sumie też. Reklama Wirus kosi wszystko. Weszło Travel znowu brutalnie w czapkę (znowu, bo zaczęło działalność od przełożonego meczu Barcelona – Real), jak przełożoną Euro to dograne umowy czy to dla portalu, czy to dla niedawno uruchomionego Kanału Sportowego odfruną w siną dal. Odwoływanie kolejnych lig mogłoby wstrząsnąć firmami bukmacherskimi, a więc finalnie oberwalibyśmy i my. Jakoś będzie trzeba sobie z tym poradzić, więc… poradzimy sobie (chyba – no chyba, że jednak nie). Takie zmartwienia – mniejsze lub większe – będą mieli wszyscy. Jeff Bezos, właściciel Amazona, wedle najnowszej wyceny obudził się biedniejszy o 7,5 miliarda dolarów (jakoś to udźwignie: niedawno rozwód kosztował go 38 miliardów), co jest chyba dzisiejszym rekordem. Gdybym ja zbiedniał o 7,5 miliarda dolarów to byłbym 7,5 miliarda dolarów na minusie… W każdym razie excele firm wszelakich spływają czerwienią, a być może najgorsze dopiero przed nami. Wiadomo, że w stopniu nadzwyczajnym oberwie branża futbolowa i dzisiaj aż trudno przewidzieć finalne skutki. Paradoksalnie w najlepszej sytuacji są chyba polskie kluby, ponieważ nigdy nie nauczyły się generować dużych zysków z dni meczowych, więc nie za bardzo mają co stracić. Owszem, oberwą finansowo, ale tąpnięcie nie powinno być szokujące dla całorocznego budżetu. Co innego w przypadku takich klubów jak Barcelona, Real, Bayern, Juventus, Milan, Inter… Tu przychody z jednego meczu idą w miliony euro, a całosezonowe wpływy z dni meczowych u najlepszych zbliżają się do 150 milionów euro (a może nawet ta granica pękła, a ja mam nieaktualne dane). Tylko, że grać bez publiczności można jedynie przez chwilę, tak w Polsce, jak i zagranicą – a konkretnie do momentu, aż nie zachoruje pierwszy piłkarz. Wtedy kwarantanną objęci muszą zostać jego koledzy z boiska. Dzisiaj pojawiło się podejrzenie, że koronawirusa ma Kylian Mbappe, co z czasem poprzez badania wykluczono. Gdyby jednak Francuz miałby być zarażony, wówczas pod obserwację trafiliby jego koledzy z zespołu i oczywiście nie mogliby się spotykać – a więc grać – z innymi osobami. Rozgrywki ligi francuskiej zostałyby zawieszone, a kto wie – może za jednym zamachem cała Liga Mistrzów (bo jak to rozwiązać inaczej – walkowerem?). Być może na jakiś czas oglądamy zmierzch futbolu, jaki znamy. Granie bez publiczności, chociaż bezsensowne, kluby jakoś zdołają przetrzymać, głównie dzięki wpływom telewizyjnym i sponsorskim – nawet jeśli mniejszym, to wciąż znaczącym. Natomiast braku grania w ogóle na dłuższą metę nie przetrzymają i cała stuletnia biznesowa konstrukcja wielkich – mających też wielkie koszty i zobowiązania stałe – może się zawalić jak domek z kart. Kontrakty wielu zawodników wygasną lub będzie się je dało rozwiązać, ci bardziej niecierpliwi być może będą szukać szczęścia w tych zakątkach świata, które wirusowi się względnie oparły i gdzie rozgrywki trwają. Czy Cristiano Ronaldo będzie wegetował w Juventusie, jeśli Serie A zamrozi się na półtora roku? Czy Lionel Messi nie zdecyduje się na wyjazd do ligi argentyńskiej? Domino, jakie zostało puszczone w ruch, może strącać kolejne klocki w bardzo wielu kierunkach. Ktoś powie – co to za brednie, zaraz sytuacja się unormuje. Oby. Na razie Agnela Merkel poinformowała, że wedle jej wiedzy koronawirusem docelowo zarazi się od 60 do 70 procent mieszkańców Niemiec (czyli kilkadziesiąt milionów osób), a wydaje mi się, że ona nie rzuca liczbami frywolnie i bez zastanowienia, więc ktoś mądry musiał jej te wartości podsunąć. To by oznaczało, że piłki nożnej długo nie uświadczymy, chyba że zarażonych będzie w pewnym momencie tak wielu, że po prostu przekroczona zostanie bariera strachu i wszyscy uznają: no dobrze, skoro już jesteśmy chorzy, to grajmy. Chorzy na chorych. Z chorymi kibicami na trybunach. Machniemy na wirusa ręką i zamiast się go bać, zaczniemy funkcjonować z nim i obok niego. Tylko czy tak się w ogóle da? Reklama Piłka nożna, wbrew temu co głosi popularne hasło, nie jest sprawą poważniejszą niż sprawa życia i śmierci. Jest błahostką, która umilała nam weekendy. Właśnie nastąpiła ostateczna weryfikacja tego powiedzonka. Reklama Trzymajcie się w zdrowiu! I powiedzcie swoim babciom, żeby modliły się w domu, a nie w kościele. Pan Bóg też usłyszy. Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] koronawirus Krzysztof Stanowski Autorzy Wczytaj wszystkich autorów

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Przepraszam wszystkich rozczarowanych. Wprawdzie to przeprosiny nieszczere, ale przyzwyczaiłem się, że ilekroć ktokolwiek zmienia wygląd strony głównej – do której czytelnik zdążył się przyzwyczaić – to w pierwszej fazie wywołuje to reakcje negatywne, nawoływania do kroku wstecz, wycofania się z błędnej decyzji i przeprosin właśnie. Sam tak reaguję w przypadku innych stron, więc rozumiem doskonale! Reklama No to przepraszam, ale tak na niby. Bo w rzeczywistości jestem przekonany, że wykonaliśmy ruch, jaki wykonać musieliśmy. Liczba treści, które produkujemy i liczba nowych inicjatyw, które uruchamiamy, wymusiła na nas tę decyzję. Liczę, że z czasem przyzwyczaicie się do nowego wyglądu, innych komentarzy (jednak przekonałem się, że w sensie rozwiązań do komentowania Facebook umarł lub jest w stanie śpiączki), innej nawigacji. Strona główna została podzielona na działy, których kolejność będzie się zmieniać, w zależni od aktualnych wydarzeń i dziennego zapotrzebowania. Na przykład w czasie igrzysk olimpijskich to pewnie „Kierunek Tokio” będzie na samej górze, a w piątki podbijemy wyżej dział bukmacherski, który jest dla nas niezwykle ważny z biznesowego punktu widzenia. Reklama Dużo się dzieje i dużo się jeszcze będzie dziać. Zapewne nie umknęło waszej uwadze, że odpalony został Kanał Sportowy, w którym oprócz ewidentnych lokomotyw w postaci Mateusza Borka, Tomasza Smokowskiego i Michała Pola, także my – małe żuczki z Weszło – mamy swoją robotę do wykonania. Kanał ten zgodnie z zapowiedziami sprzed kilku miesięcy, które wielu szyderców wyśmiewało, już zrewolucjonizował rynek mediów sportowych w Polsce, a przecież to dopiero pierwsze kroki po starcie (dość spektakularnym starcie – 100 tysięcy subskrypcji z miejsca – ale ciągle tylko starcie). Czytam czasami komentarze na Wirtualnych Mediach, gdzie do komentarzy anonimowi „branżowi eksperci” przenieśli swoje dyskusje ze stołówek i przerw na papierosa. Wbrew waszym przewidywaniom, drodzy koledzy, nikt nigdzie na kolanach wracać nie będzie, a Kanał nie zbankrutuje do końca roku, ale jak się ładnie postaracie, to może was zatrudni, ha! Gdzieś tam mamy jeszcze uśpiony serwis motoryzacyjny Wjechało, za którego relaunch musimy się zabrać w 2020 roku, jak już wszystko inne się uspokoi. Zaraz będzie emisja udziałów w KTS Weszło, co też wymagać będzie sporego zaangażowania (podpisaliśmy list intencyjny, wkrótce przedstawiamy stronę dedykowaną emisji). Cóż, zmęczony jestem, mam listę spraw do załatwienia, które czekają w kilkudniowej kolejce, ale jak mówi stare powiedzenie: odpoczniemy w grobie. Czyli oby nie za szybko! * Reklama Oprócz zmęczenia – nie tyle fizycznego, co psychicznego, przede wszystkim wynikającego ze świadomości listy spraw do załatwienia – jest oczywista ekscytacja. Wprawdzie nie jestem jedną z tych osób, które chodzą w podskokach, klepią innych po plecach i mówią, że będzie zajebiście, ale gdzieś tam wewnętrznie człowiek czuje, że obrany kierunek jest odpowiedni. Reklama Kiedy piszę te słowa, 10 metrów ode mnie trwają testy programu ligowego produkowanego przez Kanał Sportowy. Michał Żewłakow, Jakub Wawrzyniak i Łukasz Trałka wraz ze swoim gościem dyskutują o ekstraklasie. Zawsze wychodziłem z założenia, że media potrzebują frontmenów, ale powinny też mieć zdolność kreowania nowych. Nie ma sensu grzać się na robienie zbyt wielu rzeczy w pojedynkę, nie ma sensu świecić gębą dzień w dzień, lepiej budować dobrze rozumiejące się teamy. Mam nadzieję, że Kanał Sportowy zbuduje nowe postaci tego rynku, nawet takie, których lubić nie mieliście zamiaru, ale życie raz jeszcze was zaskoczyło i nie pozostawiło wyboru. Dzisiaj Kuba Wawrzyniak, w żartach, ale w sumie mógłby też na poważnie, zapytał: – A co wy zrobicie, jak my was wszystkich wygryziemy? No więc ja wówczas otworzę szampana! Reklama LigaPL – tak sądzę – będzie odebrana bardzo ciepło, mnie trzy razy bardziej interesujące wydają się rozmowy pomiędzy piłkarzami, niż pomiędzy dziennikarzami, zwłaszcza gdy dla owi piłkarze będą traktować program jako swoją własność, swój produkt, swój brand, który chcą budować, rozwijać i na którym chcą docelowo zarabiać. Reklama Jednocześnie chciałem uspokoić wiernych czytelników czy widzów Weszło, że nic nie dzieje się kosztem mojego pierwszego i najważniejszego medialnego dziecka. Osobiście stawiam na rodziny wielodzietne, w których rodzeństwa dorastają wspólnie i się wzajemnie wspierają! * Dziennikarka „Przeglądu Sportowego” Iza Koprowiak – którą znam od dawna i której pamiętam to, że… z 15 lat temu uratowała mi życie (obudziła się i krzyknęła akurat w momencie, gdy kierowca samochodu, którym jechaliśmy zasnął i zjechał na przeciwny pas ruchu) – udzieliła wywiadu w „Press”, w którym oskarżyła mojego kolegę o molestowanie seksualne. Spotkało się to z burzą braw i słowami wsparcia ze strony wielu przedstawicieli branży. Reklama Dzisiaj słowo kobiety ma siłę strzału z pistoletu. Zabija zawodowo. Ale egzekucję powinien poprzedzić proces. Za łatwo rzucić coś w przestrzeń publiczną, najlepiej bez podania nazwiska, bo wtedy rzekomy sprawca nie może się bronić (np. poprzez wytoczenie procesu o zniesławienie). Teraz ludzie mnie oznaczają w mediach społecznościowych i chcą bym zabrał głos. No to zabieram: najpierw nazwisko, a potem „sprawdzam”. Bez samosądów. Reklama Ja sobie coś tam posprawdzałem, na ile mogłem. Ustaliłem następujące fakty: cztery osoby wracają z materiału, trzy pod mniejszym lub większym wpływem alkoholu (ale generalnie pijane) oraz trzeźwy kierowca. Ten kierowca powiedział mi dzisiaj mniej więcej coś takiego: – Nie pomyślałbym, że w tym samochodzie miało miejsce molestowanie seksualne. Oczywiście nie widziałem wszystkiego, bo prowadziłem samochód i patrzyłem do przodu, ale z mojej perspektywy wyglądało to tak: on pijany, usypiał i pokładał się na niej, dodatkowo obrażał ją w brzydki sposób, ona go odepchnęła, bo to nic miłego, jak się pijany pokłada i kazała mu spierdalać, a on ją znowu zwyzywał bardzo nieprzyjemnie i po chamsku, od szmat. Z mojej perspektywy to nie było molestowanie, tylko pijacki bełkot. Dzień później „przepraszam”, „spoko”, jeszcze raz „przepraszam”, jeszcze raz „ok”. Później lata współpracy, zupełnie zwyczajnej. 2016, 2017, 2018, 2019, 2020… Nagle się okazuje, że z punktu widzenia tej dziewczyny to nie był tylko pijacki bełkot, tylko jednak molestowanie. Nie chcę tego bagatelizować, ona ma swoją wrażliwość i swoje wspomnienia. Ale jednak zanim ktoś zostanie wyrzucony poza nawias branży, należałoby przedstawić pełny obraz sytuacji. Czym innym jest zarzut o buractwo czy chamstwo, a czym innym dyskwalifikujący zarzut o molestowanie. Trzeba sprawdzić, jak było naprawdę, wypytać wszystkie strony, przeprowadzić jakieś postępowanie dowodowe. Czy jednak nie? Czy jednak cel-pal? Reklama Gdy mężczyźni kłócą się po pijaku i wyzywają od najgorszych to nikogo to nie rusza, gdy robi to mężczyzna wobec kobiety… Nie zrozumcie mnie źle, to nie jest miłe, to nie jest fajne, nie należy tego akceptować, ale o ile (o ile!) nie doszło do molestowania, to nie popadajmy w paranoję. Jedzie dwójka młodych ludzi samochodem – on pod wpływem alkoholu i ona pod wpływem alkoholu. Padają chamskie słowa. I tyle? Może tyle. Może wcale nie tyle, może było coś więcej? Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

W Poznaniu kilku kibiców Lechii Gdańsk rzucało racami w sektorów Lecha Poznań – czuli się sprowokowani wywieszeniem ich skradzionych flag. Na skutek tego zdarzenia kibice trzech następnych klubów, które przyjadą do Poznania, nie będą mogli wejść na sektor gości. Reklama Rozłóżmy to na czynniki pierwsze… Reklama 1. Kiedy miałem dziesięć czy dwanaście lat, już dokładnie nie pamiętam, podczas obozów harcerskich zdobywało się „obozówkę” (czyli flagę) podobozu dziewczyn, oczywiście po cichu i bez agresji. Większość osób z tego wyrosła i teraz żadnych flag nie zdobywa, ale są na świecie i tacy, dla których to sens życia. Różne ludzie mają hobby, pewnie zdobywanie flag nie jest najdziwniejszym możliwym, ale umówmy się – jednak dość dziwacznym. 2. Lech Poznań po zajściach w Poznaniu wydał komunikat, w którym czytamy między innymi: „Jako klub dokładamy wszelkich starań, żeby Stadion Poznań był bezpieczny. Współpracujemy z wojewodą wielkopolskim Łukaszem Mikołajczykiem, a także lokalnymi służbami, żeby kibice pojawiający się na trybunach czuli się komfortowo. I nie mamy wątpliwości, że tak właśnie jest, ponieważ takie incydenty, jak w niedzielny wieczór, mają miejsce bardzo rzadko”. Reklama Oczywiście papier wszystko przyjmie, ale trzeba sporej dawki bezczelności, by takie pismo sklecić. Mnie się wydaje, że właśnie na stadionie w Poznaniu – na którym rzekomo wszyscy mają czuć się komfortowo – fani Lechii czuli się niekomfortowo, ponieważ wniesiono ich kradzione flagi. Nie wiem, czy Lech aby na pewno działał sprawnie wraz z lokalnymi służbami i czy dołożył wszelkich starań, bo ja tu żadnych starań nie widzę, tylko ich kompletny brak. Żeby otrzeć się chociaż o prawdę, Lech powinien napisać, że są na jego obiekcie ludzie, którzy mogą wnieść wszystko i wszędzie, bo strach im zabronić, a nikt się nie będzie narażał dla marnych groszy (i ja to rozumiem). Udawanie, że fani „Kolejorza” przy całkowitej bierności służb nie mieli udziału w sprowokowaniu zajścia jest nieprzyzwoite. Prawda jest taka, że na stadion kibice Lecha wnieśli coś, czego nie powinni wnieść, a kibice Lechii… wnieśli coś, czego nie powinni wnieść. I wygląda na to, że mimo wszystko Lech jest dumny z organizacji. Reklama 3. Kibice Lechii zrobili to, co zawsze robią kibice widząc swoje flagi w obcych rękach – dostali małpiego rozumu. Rzucanie w ludzi racami, które osiągają temperaturę 1600 stopni Celsjusza powinno w końcu być traktowane w Polsce jak przestępstwo ciężkiego kalibru. U nas tymczasem jest to ciekawostka na zasadzie „no porzucali, ale czy można już grać dalej, czy ciągle dym przeszkadza?”. To mniej więcej tak jakby ktoś wszedł na koncert z pistoletem, a muzyk zapytał: „Skończyły ci się naboje? Postrzelałeś? Możemy grać dalej, czy dalej będziesz hałasował?”. Oczywiście i u nas się to zmieni, ale dopiero po ofierze śmiertelnej – drobne poparzenia to zbyt mało, by zrobić wrażenie. Taką ofiarą mógł być swego czasu… bramkarz Lechii Zlatan Alomerović, ale w meczu Pucharu Polski wystrzał z rakietnicy minął go o pół metra. 4. Race powinny być na stadionach zakazane dokładnie tak samo, jak zakazane są noże, czy też znajdując lepsze porównanie – płonące pochodnie. Gadki o tym, że w bezpiecznych rękach raca nie jest groźna są idiotyczne, ponieważ na stadionach nie ma bezpiecznych rąk – są tylko ręce, które trzymają race dziarsko, pod warunkiem, że ktoś nie zamacha zdobytą flagą. Wtedy małpi rozum, piana na ustach i atak. Ktokolwiek więc próbuje wnieść racę na stadion, powinien być traktowany jak ktoś, kto próbuje wnieść racę do samolotu. U nas jednak samo odpalenie rac – a żeby je odpalić, to trzeba je też najpierw wnieść – nawet nikogo nie dziwi i na pewno nikogo nie wzrusza. Nikt nie przeprowadza audytów bezpieczeństwa: „Jak do tego mogło dojść, gdzie jest słaby punkt w naszym systemie”. Nikt nie wzywa szefa ochrony na dywanik. 5. Oczywiście kibice Lechii Gdańsk – jako grupa – doskonale wiedzą, kto rzucał i z pewnością, jak każda grupa kibicowska, robili bardzo dużo, aby pomóc tym osobom się odpowiednio zakamuflować. Jednak kwestią czasu jest także to, że będą krzyczeć o odpowiedzialności zbiorowej. Może nawet wrzucą zdjęcia jakiejś starszej kobiety albo jakiegoś dziecka i napiszą, że z powodu skandalicznej decyzji Komisji Ligi owa kobieta lub dziecko nie będą mogły pojechać na mecz. Jest to zasada dotycząca całej ligi i wszystkich klubów: najpierw korzysta się z obecności innych osób na stadionie, aby oszukać system, nie dać się rozpoznać, odpowiednio ukryć, przebrać itd. Te osoby – czasami właśnie starsze kobiety i dzieci – nie mają absolutnie żadnego prawa głosu, gdy przychodzi do podejmowania decyzji na trybunie, za to stanowią piękną tarczę, kiedy już się mleko się rozleje. Można te osoby wziąć za medialnych zakładników i mówić: no patrzcie, przez Komisję ucierpią! Nigdy „przeze mnie”, „przez nas”, „przez naszą głupotę” – zawsze „przez Komisję”. Kibice w Polsce są pierwsi do krzyczenia o odpowiedzialności zbiorowej, ale ostatni, aby pomóc w egzekwowaniu odpowiedzialności indywidualnej. Reklama 6 . Lech nie chce kolejnych grup kibiców u siebie. Na pozór to bez sensu – nie da się racjonalnie wytłumaczyć, w jaki sposób fani następnych trzech drużyn odpowiadają za zachowanie fanów Lechii i co takiego miałoby się stać, że po tych trzech meczach czwarty będzie już przeprowadzony w zdrowej atmosferze. Czy na stadionie planowane są jakieś prace remontowe? Może zmieni się ochrona? Może poleci szef bezpieczeństwa? No chyba nie, bo Lech nie ma sobie nic do zarzucenia. Więc co? Reklama Otóż chętnie odpowiem – w polskiej piłce, bez względu na to, kto wydaje decyzje, jest nieformalne porozumienie, aby ukracać wyjazdy kibicowskie. Bo odpowiedzialność zbiorową można rozszerzyć: nie karać wyłącznie kibiców konkretnego klubu, ale uznać z góry, że wszystkie te grupy są mniej więcej takie same (niewykluczone, że jest to całkowita prawda). Nie znalazł się jeszcze odważny, który z otwartą przyłbicą powie to wprost, ale jest bardzo wielu troszeczkę mniej odważnych, którzy mówią to na wewnętrznych spotkaniach działaczy czy prezesów: wyjazdy kibicowskie to utrapienie. Oczywiście potem prezes klubu X zapewni swoich kibiców, że akurat on to widzi zupełnie inaczej, ale powiedzieć można wszystko. W istocie, gdyby zastanowić się, jakie są plusy i minusy wyjazdów, to chyba minusów będzie więcej. Oczywiście temperatura meczów trochę by spadła, ale nie mam wrażenia, że to źle: natężenie chamstwa, wulgaryzmów, słownej i fizycznej agresji w dużej mierze bardzo często wynika z obecności kibiców drugiej drużyny. A cały ten wyjazdowy styl życia jest elementem scalającym i integrującym wszelkie bojówki, budującym ich pozycję w kibicowskim świecie, pretekstem do mniej lub bardziej legalnych interesów. Niestety, być może jedyne, do czego dorośliśmy, to „liga domowa”. 7. Kibiców Wisły Kraków nie chce u siebie także Cracovia, więc zażądała „depozytu” (finansowego zabezpieczenia na poczet przyszłych szkód). Oczywiście i Cracovia najchętniej ogłosiłaby, że w ogóle nie chce kibiców gości – tych z Wisły, ale też tych z innych klubów – ale wówczas miałaby znowu na pieńku z kibicami własnymi, więc udaje, że chce, ale pod pewnymi warunkami. Wisła płacić nie zamierza, czemu się nie dziwię, bo dlaczego klub ma awansem płacić za zniszczenia – to sprawcy zniszczeń powinni być naliczani, a nie prywatna firma. Z niezrozumiałego dla mnie powodu w Polsce gdy nie wiadomo, kogo konkretnie można ukarać – Nowaka, Iksińskiego czy Stanowskiego – karze się klub, a niech on sobie to potem jakoś odzyska albo wliczy w koszty. Wiele osób już przywykło, że prywatna firma ma wliczać w koszty konsekwencje przestępstw i wykroczeń popełnianych przez jakichś zbirów, którymi policja nie ma ochoty się zajmować. W ogóle scedowano walkę z przestępczością stadionową na prezesów klubów, tylko czekać aż za walkę z kieszonkowcami w autobusach będzie odpowiedzialny dyrektor zajezdni. 8. Czy w ogóle wyjazdy można zdelegalizować? Wyjazdów pojedynczych osób oczywiście nie, ale wyjazdy całych grup tak. Czy to może się wydarzyć? Oczywiście nie, ponieważ wymagałoby to czegoś, na co polska piłka w żadnym elemencie nie jest gotowa i w czym nie ma doświadczenia – wieloletniego planu (w sensie: dziesięć lat i więcej). Nasz futbol nie ma żadnych wieloletnich planów, więc i takiego nie stworzy – albo stworzy, ale się wycofa. Wiadomo przecież, że w pierwszym roku byłyby wokół tego awantury, obrażanie, wyzwiska, szmaty na płotach. W drugim też, ale troszkę mniej. W trzecim – znowu też i znowu troszkę mniej. Trzeba byłoby wytrzymać lata obelg i obserwować, jak temperatura wygasa. Nikt tego sobie na plecy nie weźmie, bo i po co? Rozmowy pozostaną rozmowami i nie przeistoczą się w nic konkretnego. Dlatego race będą sobie latać w powietrzu razem z latającymi w powietrzu wulgaryzmami, a na płotach dalej wywieszane będą flagi z jakże pięknym hasłem „jazda z kurwami”, o ile akurat na płocie będzie miejsce, bo nie będzie trzeba pozdrowić połowy osiedla, która wpadła za dealerkę. Reklama KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Myślę, że nie ma kibica w Polsce, którego ta tragedia nie poruszyła. Rafał Kosiec, młody i dobrze zapowiadający się piłkarz Polonii Warszawa, przewrócił się i… nagle wszystkie marzenia, plany i ambicje przestały mieć znaczenie. Zniknęły pasje, rozmyły się znajomości, zamiast codziennych zajęć został niewyobrażalny ból i nikła nadzieja, by kiedyś samodzielnie postawić chociaż krok. Reklama Dzisiaj – z trudem, bo z trudem, ale jednak – Rafał się porusza. Ale jeśli chodzi o te naprawdę dobre informacje, to przykro mi: na tym koniec. W wywiadach wielokrotnie mówił, że myśli samobójcze towarzyszą mu niemal każdego dnia. Nie ma szans na to, że przeżyje życie tak, jak przeżyjemy my: ludzie chociaż w miarę zdrowi. Reklama To, co Rafałowi zostało nietknięte, to głowa. Mówiąc krótko – ma łeb na karku. Łeb, w którym kłębi się na pewno mnóstwo koszmarów, ale też łeb, w którym rodzą się dobre pomysły. Pewnego dnia sunąc metr po metrze przyszedł do mnie i zapytał: – Czy zgodziłbym się wraz z nim być w zarządzie fundacji, którą chce założyć? Sami dobrze wiecie, że to jest jedno z tych pytań, na które nie można odpowiedzieć: – Nie. I chociaż czasami na nic nie mam czasu, niemożliwością było odmówić. Reklama Rafał Kosiec założył fundację „Doliczony czas”, która ma pomagać sportowcom po takich koszmarnych przejściach. Transparentnie, przejrzyście, tym, którzy naprawdę tego potrzebują i w sposób taki, jak potrzebują. Myślę, że ta fundacja ma też pomóc samemu Rafałowi – nie w sensie zebrania dla niego pieniędzy, ale w sensie wyznaczenia utraconego sensu życia. Może znowu być KIMŚ. Chciałbym was wszystkich prosić, chciałbym też prosić firmy ze wszystkich branż, abyście na fundację „Doliczony czas” popatrzyli życzliwie. Są osoby czy instytucje, dla których tysiąc, dwa tysiące czy nawet pięć tysięcy to nic. A jestem przekonany, że Rafał – tworzący teraz listę osób, którym chce pomóc w pierwszej kolejności – będzie wiedział, jak je spożytkować. Reklama Więcej możecie przeczytać w wywiadzie z Rafałem – TUTAJ . * Michał Probierz jest jedną z tych osób, które jak się nudzą, to idą na wojnę. W dawnych czasach atakowałby ościenne państwa i opracowywał taktykę oblężeń, dzisiaj organizuje show na konferencjach prasowych, a oblężone twierdze buduje w ramach hobby. Reklama Nie można się z nim nudzić. Gdyby był szefem związków zawodowych w kopalni, to górnicy mieliby wypłacane nie czternastki, ale dwudziestki dwójki, a gdyby odpowiadał za reformę Poczty Polskiej to właśnie próbowałby nam wmówić, że wysyłanie maili wstrzymuje gospodarkę. Idealne kompan na wakacje, ale tylko w te regiony świata, gdzie wewnętrzne napięcia nie są zbyt duże. Aktualnie otworzył nowy front – nie doceniamy polskiej ligi, niszczymy ją kpinami, a na kiksy w wykonaniu światowych gwiazd jesteśmy ślepi. Reklama Szanowny Michale! Znamy się nie od wczoraj, więc muszę ci na wstępie coś wyznać: nie jesteś specjalnie wiarygodny jako obrońca godności piłkarzy. Uważam cię za dobrego trenera, ale jedną z najlepszych twoich cech jest ostrość – to, że nie pierdzielisz się w tańcu i nie dajesz sobie wchodzić na głowę. Kiedy nagle chcesz nam wszystkim udowadniać, że tak naprawdę jesteś w szatni fanem wychowania bezstresowego to cóż: nie dowierzam. Kojarzę cię jako szkoleniowca, który potrafił zdjąć Igora Lewczuka w 23 minucie meczu, nie bacząc na to, że piłkarzowi może być przykro (odważna, dobra decyzja!). Pamiętam jak pod górkę miał u ciebie Kamil Pestka, bo kiedyś poprosił o zmianę. Można byłoby tę listę wydłużać, nieprawdaż? O ile kojarzę, nie jesteś zakochany w umiejętnościach zawodników grających w polskiej lidze. Słusznie. Ale chcesz tę miłość wymusić na nas. Reklama W pierwszej kolejce pięciu piłkarzy oddało strzały w aut. W drugiej kolejce czterech nie trafiło w bramkę z rzutu karnego. Mówisz, żebyśmy się z nich nie śmiali, bo zdarza się najlepszym. Owszem, najlepszym się zdarza, a w polskiej lidze jest to normalka. Ja wiem, że chciałbyś pracować w La Liga czy w Premier League, ale nie możesz w skutek niecierpliwości tworzyć alternatywnego świata, w którym La Liga i Premier League będą w Polsce. Nie, my tu uprawiamy inną dyscyplinę. Ona nam się nawet trochę podoba, ale właśnie dlatego, że ma w sobie elementy śmieszności, pierdołowatości, groteski. Reklama Przez ostatnie lata narzekałeś na brak boisk treningowych, brak lotnisk i autostrad, krytykowałeś sędziów, zagranicznych trenerów, właścicieli innych klubów. Czy nie przyszło ci do głowy, że prezydentom miast czy burmistrzom może być po twoich słowach przykro? Czy nie współczułeś prezesom klubów, że narażasz ich na nieprzyjemności? Czym sobie zasłużyli zagraniczni trenerzy, że przeprowadziłeś szturm? Ale w porządku – ja cię w większości tematów nawet popierałem, tylko dlaczego zmuszasz mnie teraz, bym akurat z piłkarzy polskiej ekstraklasy stworzył grupę specjalnej troski – taką, której krytykować nie wolno? Chętnie podpowiem, kiedy drwiny z ligi znikną. Pierwszy krok zostanie wykonany, jeśli w końcu przejdziecie KOGOKOLWIEK w europejskich pucharach. Nie musicie nigdzie awansować, chociaż oczywiście byłoby miło, ale ten pierwszy krok – przejście kogokolwiek – jest niezbędny. Na razie sami zapracowaliście na swój obecny wizerunek. Nikt za was tych meczów nie przegrał, nikt za polskie drużyny nie przegrywał na Litwie, Islandii, w Mołdawii, Kazachstanie czy w Estonii. Zarabiacie naprawdę godnie – rozejrzyj się jakie zegarki noszą twoi piłkarze, zrób wykaz metek z ich bluz i spodni – ale tej godności brakuje w międzynarodowych starciach. Nie można zakazać ludziom śmiania się, nie można nakazać ludziom odgórnie, by traktowali was jak godnych podziwu atletów. Dekretem tego nie załatwisz, to przychodzi samo. Wygracie w eliminacjach ze Skonto Ryga, potem z Partizani Tirana, może później zremisujecie z Reims i już: będzie z górki. Mówisz, że ludzie nie przychodzą na stadion, tylko narzekają sprzed telewizora. Ale gdy ktoś mówi, że wasz styl gry nie jest specjalnie atrakcyjny, to się złościsz i mówisz, że jest taki, jaki może być przy tych środkach i tych zawodnikach. A może ludzi zniechęca udział w meczach osób skazanych za korupcję (a wręcz jej organizowanie) – wtedy odsyłasz do rzecznika. Może boją się tych wszystkich Jude Gangów, ale wówczas twierdzisz, że JG to skrót od Janusz Gol. Zapominasz też o najważniejszym – to ci ludzie przed telewizorem zrzucają się na wasze pensje. Z biletów byście nie wyżyli, żyjecie z abonamentów osób, które zapisały się na ten transmitowany co weekend kabareton. Naprawdę, róbmy wszyscy swoje. Reklama Piłkarze – niech próbują grać. Trenerzy – niech próbują trenować. Kibice – niech próbują to oglądać. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Ten tekst nie ma „przynależności klubowej”, ponieważ głupota nie ma barw, herbów, szalików, hymnów i kodów pocztowych. Kibice – część z nich – są identyczni, tylko nie wszystkich sytuacja popycha do identycznych rozwiązań. Reklama Tyle tytułem wstępu, a teraz do rzeczy. Reklama Jeśli zastanowilibyśmy się nad hamulcami, które wstrzymują polską piłkę, to niezmiennie na pierwszym miejscu wymieniam kibiców. Tych najzagorzalszych, w złym tego słowa znaczeniu. Jeszcze kilka lat temu w gronie 100 najbogatszych Polaków bez trudu dało się znaleźć kilku, którzy posiadali kluby piłkarskie. Ta lista jednak skurczyła się w zastraszającym tempie. Dzisiaj nikt zamożny nie pcha się do futbolu, ponieważ nie czeka tam na niego nic przyjemnego – wyłącznie frustracja i gorycz. Od naszej ligi z daleka trzyma się prywatny biznes i gdyby odciąć ją od pieniędzy publicznych (gminy, miasta, spółki skarbu państwa czy spółki miejskie) to wyrżnęłaby malowniczego orła. Dziesiątki razy rozmawiałem z właścicielami czy prezesami dużych firm, którzy pytani o to, dlaczego nie chcą promować się przez futbol, odpowiadali to samo: – Prowadzę interesy w wielu miastach, nie chcę być kojarzony z jednym, bo to proszenie się o problemy. Kiedy więc kibice Legii chcą przepędzić jednego inwestora Polonii, przepędzają jednocześnie 10 sponsorów dla swojego klubu – co wynika z efektu skali, Legia jest zwyczajnie dużo większym i popularniejszym klubem. Ktoś nie zacznie sponsorować Legii, bo boi się reakcji Poznania, ktoś nie zacznie sponsorować Lecha, bo boi się reakcji Szczecina, ktoś nie zacznie sponsorować Szczecina, bo boi się reakcji Gdańska itd. Takie transparenty jak ten na Łazienkowskiej, połączone ze szkalowaniem w internecie, są golem samobójczym: raz jeszcze poszedł sygnał, że wydawanie pieniędzy na futbol automatycznie łączy się z ryzykiem strat wizerunkowych. I nie ma znaczenia, że to Polonia akurat, dzisiaj klub marginalny. Sygnał to sygnał: branża niepiłkarska utwierdziła się w przekonaniu, by nie romansować z branżą piłkarską i że można lokować pieniądze bezpieczniej. Reklama Czy kibic musi to rozumieć? Nie musi. W swojej naiwności może nie dostrzegać tych mechanizmów, ma prawo sądzić, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego. Jednocześnie podchodzę do transparentu wymierzonego w Polonię z nutką zrozumienia – pamiętam bowiem akcję „Hoopa do klopa” sprzed lat dwudziestu, kiedy sam za mądry nie byłem i nie widziałem w niej niczego szczególnie wartego potępienia. Chciałbym więc wierzyć, że z tej głupoty się wyrasta, tak jak ja wyrosłem. Ale głowy nie dam. Reklama Przyznaję: śpiewałem sto razy, że „Polonii nie ma w Warszawie”, znacznie gorzej też mi się zdarzyło, pamiętam ścisk na trybunie kamiennej, gdy policja natarła na kibiców Legii z dwóch stron i nie mogłem złapać tchu. Ale byłem wtedy nastolatkiem, który niczego o życiu nie wiedział. Dzisiaj wiem, że Polonia Warszawa jest Legii potrzebna – jako rywal sportowy, którym może kiedyś znowu będzie, jako zwyczajnie kolejny klub w mieście, w którym piłka nożna na wielu poziomach dogorywa. Jako klub, który stanowi naturalne zaplecze. Taki, który wyszkoli Pawła Wszołka, taki, który zbuduje Krzysztofa Dowhania, taki, który wyedukuje Michała Żewłakowa, taki, który wypromuje Tomasza Kiełbowicza. Udawanie, że Polonii i nie ma i że Legia nie korzysta z jej istnienia to dziecinne zaklinanie rzeczywistości. Jeśli kibic z Łazienkowskiej zada sobie pytanie, czy bez Polonii Legia byłaby równie silna i odpowie twierdząco, to – przepraszam bardzo – jest głupi. Przed niektórymi z buntowników z Żylety być może ciekawy test – zapewne zdarzą się tacy, którzy zostaną ojcami. Bardzo prawdopodobne, że będą pchali swoich synów w kierunku piłki nożnej. I możliwe, że ci synowie będą zbyt słabi na grę w Legii, a jednym z kolejnych wyborów będzie Polonia. Znam wiele przypadków, gdzie kibice Legii zapisują swoje dzieci na Konwiktorską, z uwagi na poziom szkolenia lub po prostu lokalizację. I wtedy się okazuje, że to nie do końca prawda, iż „Polonii nie ma w Warszawie”, bo jednak jest i trzeba zawieźć syna na trening. Do sympatycznych ludzi, którzy za moment mogą być twoimi znajomymi czy kolegami. Reklama Polonia mnie ani ziębi, ani grzeje. Kiedy napisałem swego czasu, że jest to klub dzielnicowy to było sporo oburzenia, że jak można – no ale tak dzisiejszą Polonię postrzegam: jako klub, którym realnie interesuje się jedna dzielnica i to pewnie niecała. Dlatego wyrażałem niezadowolenie, gdy powstał plan wydania kosmicznych publicznych pieniędzy na niepotrzebny moim zdaniem stadion (ten aktualny jest niczego sobie), ale tak samo oburzam się próbą zduszenia Polonii i sprawienia, by prywatni biznesmeni nie mogli jej wspierać. Jeśli pan Gregoire Nitot wejdzie do futbolu, z zainteresowaniem przyjrzę się ofercie jego firmy – bo jeśli mam do wyboru produkt firmy, która wspiera piłkę i takiej, która nie wspiera, to chętniej wybiorę tę pierwszą. Absolutnie nie wierzę, że wszyscy kibice będą tak robić, waśnie są zbyt silne, ale jak przestaną prowadzić bojkoty konsumencie to już będzie połowa sukcesu. Wtedy się okaże, że są firmy z Łodzi, które chętnie wydadzą pieniądze na Widzew bądź ŁKS, okaże się, że są firmy ze Śląska, które mogą wspierać Ruch, GKS czy Górnika… Reklama Trzeba spojrzeć na piłkę nie jak na kilkadziesiąt oddzielnych podmiotów, ale jak na jedną spółkę-matkę, do której stale dosypuje się pieniędzy i zaprasza kolejne firmy, by się dołączyły. A potem dystrybucją tych pieniędzy zajmie się rynek… * Tyle jeśli chodzi o mrzonki, bo ja sobie mogę popisać i nic poza tym, świata nie zmienię. Reklama Świat wygląda inaczej. Reklama Świat to „Kisiel won z Legii”. Świat to „Midak kurwa”. Świat to „Osuch cwel”. Świat tworzony przez półświatek. Sterroryzowana liga. Reklama Legia Warszawa wydała tak miałkie oświadczenie po meczu z ŁKS-em, że w sumie lepiej już było nic nie pisać. Autorowi przez klawiaturę nie przeszło nawet słowo Polonia, a fragmentu o wykluczeniu ze stadionowej społeczności autorów transparentu na temat 17-letniego piłkarza próżno szukać. Rozumiem więc, że klubowi nie przeszkadza obecność ludzi, którzy zastraszają Kisiela. Nie przeszkadza obecność ludzi, którzy skoro z takim transparentem przyszli, to niewykluczone, że mają też coś wspólnego z listopadowym napadem na rodzinę zawodnika (co, pewnie nie wycofał zeznań i teraz problemy?). Można pisać te pierdy o wartościach, wycierać sobie gębę jakimiś frazesami o fair-play, jakieś dyrdymały o fundacji, a na koniec nabrać wody w usta (czytaj: zesrać się w gacie). Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Zbierałem się do tego tekstu od dość dawna, ale zazwyczaj złość – nakręcająca do pisania – mijała mi po jakiejś minucie i uznawałem, że nie warto tracić czasu. Jednak w końcu głos zabrać trzeba, nie można udawać, że deszcz pada, kiedy plują z różnych stron. Na mnie, na moich kolegów, na moich pracowników. Reklama Wykształciło się oto w Polsce grono dziennikarzy-moralizatorów, którzy robią za sumienie branży. Pouczają, co wolno, a czego nie, co wypada i kiedy, znawcy dworskiej etykiety. Istnieją nawet specjaliści w tym zakresie, którzy nie piszą o niczym innym, jak o dziennikarzach, nadając sobie – nie za bardzo wiem, na jakiej podstawie – plenipotencje do występowania w imieniu „środowiska”. W swoim odklejeniu od rzeczywistości zdaje im się, że zasiedli na jakimś tronie, z którego będą pokazywać kciuk w górę lub w dół. Reklama Wasze grono – arcymistrzów klasy i szyku – jest zróżnicowane, ale muszę wam wszystkim naraz i każdemu z osobna zakomunikować krótko i jasno… Nie będzie mnie moralizował ktoś, kto porzucił własne dzieci. Nie będzie mnie nawracał ktoś, kto bywał na klubowych imprezach, gdzie zamawiano prostytutki. Nie będzie mnie uczył biznesu ktoś, kto kręcił na delegacjach. Nie będzie mnie napominał człowiek, który na koszt oligarchy kwaterował całą rodzinę w hotelu podczas turnieju tenisowego. Nie będę słuchał o klasie ze strony kogoś, kto notorycznie łamie dane słowo. Nie chcę słuchać pouczeń od zawistnych manipulatorów, cwaniaczków, kurwiarzy, podrzędnych oszustów, leni patentowanych, żigolaków. Panowie, żeby robić za sumienie branży, najpierw trzeba mieć sumienie własne. Nie wystarczy dobrze dobrana marynarka, by zostać dżentelmenem. Reklama Tak, wiem, nie jesteście – mądrale – przyzwyczajeni do takiego języka. Ale to lepsze od waszego sposobu – drobnych insynuacji, gdzieniegdzie przemyconych dyskredytujących sugestii, niby niewinnych uszczypliwości i uwag, grubych kłamstw podawanych w formie niewinnych kłamstewek… Reklama * Jeden temat powraca dość często. Z jakiegoś powodu nakręcono spiralę, że jakiekolwiek promowanie firm bukmacherskich to niemalże zbrodnia na zawodzie. Popełniam tę zbrodnię regularnie i nie mam zamiaru przestać, nawet mam nadzieję, że dopiero rozwijam skrzydła. I proszę moich ludzi, by też promowali. Firmy bukmacherskie działają w Polsce legalnie i nie widzę najmniejszego powodu, żeby miały być objęte jakimiś nadzwyczajnymi sankcjami. Szczerze nie rozumiem problemu – nikt mi jeszcze przekonująco nie wytłumaczył, dlaczego tej gałęzi biznesu należy unikać jak ognia i z jakimi to fatalnymi konsekwencjami wiąże się ta właśnie współpraca reklamowa. Nie mam świadomości, dlaczego mieliby się wstydzić Borek, Twarowski, Ćwiąkała, Smokowski, Kołtoń, Pol, Rudzki, Wiśniowski, Polkowski, Żyżyński, Koźmiński albo Olkiewicz czy Milewski (na pewno o kimś zapomniałem, przepraszam). I od razu zaznaczę: „to się domyśl” nie jest odpowiedzią. Chciałbym wiedzieć konkretnie, czy mogę reklamować porównywarkę ubezpieczeń samochodowych (miałem propozycję, na sam koniec nie wypaliło), a firmy bukmacherskiej nie mogę, czy też nie mogę ani jednego, ani drugiego? A jeśli tak, to dlaczego? Bukmacher nie wpływa w żaden sposób na treść tekstów czy magazynów wideo, nie rości sobie prawa do jakiegokolwiek ingerowania w działalność dziennikarską. W czym więc rzecz? Reklama Tak, wiem, że część ludzi się uzależnia – i mam wam zupełnie szczerze powiedzieć, co o tym myślę? Tak naprawdę szczerze? Myślę, że to ich, a nie mój problem. Tak jak nie moim problemem byliby ludzie uzależnieni od czekolady i chorujący na cukrzycę czy miażdżycę, gdybym akurat czekoladę promował. Nie moim problemem byłaby otyłość, gdyby swój budżet reklamowy chciała zostawić sieć fast-foodów (zapraszam). Jak ktoś nie może grać, to niech nie gra, jak ktoś nie może pić – niech nie pije. Kto może uznać to co piszę za cyniczne, a to jest po prostu prawdziwe. Reklama Na stałe współpracuje ze mną ponad 40 osób. Mógłbym dwudziestu z nich powiedzieć: – Wiesz co, jednak musimy zakończyć współpracę, bo zamykamy radio, zmniejszamy liczbę artykułów na stronie. Wszystko dlatego, że jeden mędrzec napisał, że reklamowanie bukmacherów jest niemoralne. Teraz będziemy reklamować firmy proekologiczne, co sprawi, że nagramy jeden podcast miesięcznie. Tak, mógłbym tak zrobić, zwolnić połowę ludzi i uznać, że teraz już będę branżowym drogowskazem. Jakoś bym sobie poradził. Może zająłbym się produkcją clicbaitów i zamieszczaniem reklam w stylu „Była zwykłą dziewczyną z Raciborza, dzisiaj zarabia 20 000 dziennie – zobacz jak”. To jest mniej więcej to wasze (no, niektórych z was) gówno, którego nie zauważacie na co dzień obok siebie. Ale przepraszam bardzo – nie zrobię tego. Każda osoba, z którą się miesiąc w miesiąc rozliczam za wykonaną pracę ma dla mnie większe znaczenie niż wasze utyskiwania. Buduję legalnie swój biznes i będę to robił dalej. Kto wie, może uda się pozyskać tak dużo reklam z branży bukmacherskiej, że za rok będę współpracował nie z 45, ale ze 145 osobami. Oby. Na dzisiaj mnie po prostu nie stać, by utrzymać skalę działalności przy jednoczesnej rezygnacji ze współpracy z bukmacherami, czyli mniej lub bardziej bezpośrednie apelowanie o to jest tak naprawdę apelem, abym znacząco ograniczył wszystko, czym zajmuje się Weszło. Jest to więc apel, abym zaszkodził sobie, swojej rodzinie, swoim pracownikom i ich rodzinom. Dość głupi, bo wciąż nie wiem – w imię czego? Szczerze mówiąc, reklamowanie bukmachera uważam za znaczcie uczciwsze niż reklamowanie suplementów diety czy innych „cudownych” preparatów. Ktoś powie – to nie dziennikarze bezpośrednio reklamują takie specyfiki, robią to ich pracodawcy, firmy, wydawnictwa, a ja powiem: dziennikarze spełniają rolę naganiaczy. Reklama Wy, mądrale branżowi, jesteście różni. Niektórzy kradną ludziom czas, naciągając ich na kliknięcia żebraczymi sztuczkami, co generuje setki milionów odsłon reklam. Inni pracują w firmach, które rozsyłają tony spamu i gdzie artykuł kupić sobie można jak zabawkę w sklepie. Jeszcze inni jedynie pierdzą w stołek, tak naprawdę oszukując swojego pracodawcę, że coś robią i raz na ruski rok klecąc kilka wyrafinowanych zdań. Kolejni mają ciepłe posadki i etaty w firmach, które przez lata w sposób kontrowersyjny ugruntowały swoją pozycję rynkową i uwłaszczyły się na polskich przemianach, na Magdalence. Reklama Mnie nikt niczego za darmo nie dał. Zanim z kimś rozpocznę współpracę, muszę najpierw zapracować na jego wynagrodzenie. Muszę przynieść do firmy jakieś 4 miliony złotych rocznie, czyli 333 tysiące miesięcznie, 77 tysięcy tygodniowo, 11 tysięcy dziennie. Nie mogę zająć się jedynie robienie mądrych min i mówieniem: uuu, tak być powinno… Dużo rzeczy być nie powinno. Fałszywych informacji podawać się nie powinno, nakręcać paniki dla klików też się nie powinno, i tak dalej. Niedawno o moim koledze napisano, że jest oskarżony o wyłudzanie podatku VAT, dobrze się klikało. Odpisał, że to nieprawda, więc tekst… zaktualizowano w archiwum. Ale widzieliście gdzieś sprostowanie? Nie, sprostowania i przeprosin nie będzie, bo „niewłaściwie wskazał adresata żądania”, a poza tym przecież już wszystko poprawiono i jak ktoś będzie za dziesięć lat sobie googlował, to znajdzie. Dajcie mi spokój ze swoimi „zasadami”. Przez lata nie widzieliście, na czym zarabiają wasze wydawnictwa? Jakie mają deale? Co za co? Spotkania koło śmietnika, negocjowanie kształtu konkretnych ustaw? Podwaliny pod dzisiejszą pozycję skąd się wzięły? Krasnoludki zbudowały? Odbieraliście pensję i wydawało wam się, że każda złotówka taka czyściutka? No kurwa, nie. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Jak to zwykle w styczniu: mało w naszej lidze rozmów o futbolu, za to dużo o sprawach organizacyjnych. Dzisiaj ode mnie dwa główne tematy – Raków Częstochowa, który podobno miałby być wyrzucony z ligi oraz Dariusz Mioduski, który z typową dla siebie klasą i elegancją pokłócił się sam ze sobą. Reklama *** Reklama Przyznaję bez bicia: krzyczałem bez żadnej refleksji, że klub bez stadionu nie powinien grać w ekstraklasie. Dać czas na dostosowanie się – tak, jak najbardziej. Ale na dłuższą metę: klubów bez stadionu nie chcemy. Informacje wokół firmy Mirbud i budowy stadionu Rakowa sprawiły, że zacząłem się zastanawiać: dlaczego byłem taki nieprzejednany? Być może należałoby spojrzeć na tę sprawę zupełnie inaczej? Najpierw garść faktów: firma Mirbud oprotestowała przetarg na dostosowanie obiektów Rakowa do standardów Ekstraklasy. W tym momencie warto wspomnieć, że Mirbud ubiegał się o to, by wykonać prace o wartości 1,7 miliona złotych – czyli drobne. Jednak nawet najdrobniejszy podwykonawca ma swoje prawa (i bardzo dobrze), co skutkuje czasem paraliżem inwestycji (to już gorzej). Kiedy potem dowiadujemy się, że Mirbud jest partnerem biznesowym ŁKS-u Łódź to robi się miejsce na milion teorii spiskowych. Czy ja te teorie podzielam? Nie. Reklama Widzę jednak pole do tego, by w przyszłości o spadkach i awansach decydowały firmy budowlane lub generalnie jakiekolwiek podmioty trzecie. Pewien precedens jest. Jeśli PZPN będzie nieprzejednany i wyrzuci Raków z ekstraklasy, to w przyszłości częstochowski scenariusz można powtarzać z pełną premedytacją. Chcesz awansować lub się utrzymać, wszystko idzie zgodnie z planem, ale konkurencja rzuca ci kłody pod nogi. Reklama – Mój rekord wstrzymywania decyzji środowiskowej to dziesięć lat – powiedział mi z dumą jeden mecenas, w sprawie niezwiązanej z budową stadionu, lecz fabryki. Ale przecież mechanizm może być identyczny. Da się poprzez różne kruczki, zabiegi i prawne sztuczki całkowicie legalnie wstrzymywać inwestycje. Da się sabotować przetargi. Można nawet użyć ekologów i zagrożonego gatunku ptaka. Wyobraźmy sobie, że Mirbud na tyle nabruździ w częstochowskiej sprawie, że stadionu nie będzie na czas. Wówczas dojdzie do sytuacji kuriozalnej: wyrzucimy klub, który pod każdym względem wydaje się dobrze zorganizowany, z wypłacalnym i wiarygodnym właścicielem, sportowo wystarczająco mocny i który w dodatku już ogarnął kwestię dostosowania stadionu, tylko niestety jakaś firma postanowiła sypnąć piachem w tryby. Moim zdaniem to nie jest ten przypadek, ale pofantazjujmy: a gdyby to sypnięcie było inspirowane przez ligowego rywala, a zarazem całkowicie legalne? Jak do tego podejdziemy? Jeśli za pięć lat prezes klubu X w stu procentach zgodnie z prawem sparaliżuje przetarg klubu Y i dzięki temu odniesie korzyść, to co z tym zrobimy? Powiemy – trudno, przepis to przepis? Ktoś powie, że takie rzeczy się nie dzieją, a ja zapytam: dasz sobie palec uciąć, że to się nigdy nie wydarzy, gdy gra toczy się o jakieś dziesięć milionów złotych? Raków nie ma swojego stadionu na ekstraklasowym poziomie. Moje pytanie brzmi: co z tego? Pytam całkowicie serio i po przemyśleniu tego na sto sposobów: co z tego? Reklama Czy lidze robi różnicę, czy Raków gra w Częstochowie, czy w Bełchatowie? Jeśli robi to jaką i konkretnie komu? Moim zdaniem klub powinien mieć obowiązek zapewnienia sobie gry na obiekcie, który spełnia ekstraklasowe wymogi. Jeśli więc Raków ma pieniądze na to, by wynajmować obcy, ekstraklasowy stadion i w ten sposób spełnić wymagania, to w czym problem? Polskie kluby wynajmują swoje stadiony od miast. Raków wynajmuje od miasta Bełchatów. I co? Nie może? Dlaczego? Dlaczego Śląsk może wynajmować od Wrocławia, Legia od Warszawy, Lech od Poznania, Lechia od Gdańska, a Raków od Bełchatowa nie? Czy rywalom ligowym robi różnicę, czy jadą do Bełchatowa, czy do Częstochowy? Myślę, że nawet wolą do Bełchatowa, bo łatwiej wygrać. Czy robi to różnicę telewidzom? No nie wydaje mi się. Najwięcej traci na tym – pod względem finansowym i sportowym – sam Raków. To on ma problem. Reklama I teraz zastanówmy się, czy mamy ligę dla równych i równiejszych. Zaraz do ekstraklasy może wejść Warta Poznań, która przecież swojego stadionu na miarę ESA nie ma, za to – jeśli znajdzie kasę – może go wynająć, bo tak się dla niej szczęśliwie składa, że w Poznaniu jest obiekt miejski, z którego korzysta też Lech. Czyli Warta w ekstraklasie może grać, mimo że organizacyjnie nie dorasta Rakowowi do pięt, ale ma to szczęście, że po sąsiedzku istnieje klub znacznie potężniejszy? A Raków, jedyny tak naprawdę klub w niezbyt dużym mieście, ma pod górkę i nie może wynająć stadionu w Bełchatowie? Jeszcze raz zapytam: co to za różnica, gdzie gra Raków? Tak konkretnie? W Częstochowie na dziś stadionu nie mają, za to mają akademię, którą nadzoruje uznany w całej Polsce Marek Śledź. Mają piękne i zadbane boiska treningowe. Mają trenera, który konsekwentnie realizuje swoją wizję przy wsparciu właściciela. Może to jest jednak ważniejsze od tego, czy uda im się wynająć stadion 10, 40, czy 80 kilometrów od siedziby? Myślałem o tym przez ostatnie dni i ten przepis wydaje mi potencjalnie niebezpieczny (możliwość pozasportowego wpływania na kształt tabeli), ale też zbędny. Przecież i tak koniec końców każdy klub chce grać u siebie, więc jeśli się w tej lidze utrzyma, to obiekt w końcu sobie dostosuje. A nawet jeśli nie, to pytam ponownie: co z tego? Że będą pustki? Moim zdaniem na meczach Rakowa w Bełchatowie będzie więcej ludzi niż na meczach Warty w Poznaniu. Reklama *** Reklama Dariusz Mioduski na łamach „Przeglądu Sportowego” napisał coś w rodzaju swojego planu dla polskiej piłki, tym razem dziennikarz nie był potrzebny do zadawania pytań (a przecież nie za wielu, ale jednak jeszcze kilku w „Przeglądzie Sportowym” zostało). Gołym okiem widać, że to początek kampanii wyborczej w PZPN, do której prezes Legii zapewne pójdzie pod rękę z Cezarym Kuleszą z Jagiellonii Białystok, aby docelowo kręcić kierownicą z tylnego siedzenia. W porządku, niech będzie i tak. Wypada się jednak pochylić nad tym, co konkretnie panu Dariuszowi pasuje, a co nie pasuje. Niestety, nie jest łatwo to ustalić, ponieważ całkowicie pokłócił się sam ze sobą – do czego dojdziemy. Na przykład chciałby Mioduski, aby z ekstraklasy spadała jedna drużyna, co zmniejszy presję i wszystkim będzie się grało przyjemniej, a co za tym idzie – podobno – zarządzanie byłoby racjonalniejsze. To jeszcze jedna odsłona tego, że wielu właścicieli klubów ESA traktuje ekstraklasę jak własny, oderwany od całego piłkarskiego ekosystemu folwark. Polska piłka nożna nie kończy się na ekstraklasie, a kluby 1, 2 czy 3 ligi mają prawo liczyć na to, że będzie istniał normalny, sportowy przepływ między szczeblami rozgrywek. Jest całkowicie naturalne, że w piłce są pewne cykle i niektóre kluby popadają w tarapaty, nie mają na siebie pomysłu, inne się odradzają, zyskują nowych inwestorów. Zabetonowanie ligi jest doprawdy irracjonalne, niesportowe i niesprawiedliwe. Reklama Mioduski z pozycji ekstraklasowego bonza mówi: – Hej, niech spada tylko jeden zespół, będzie mniej stresu, więcej korzyści! Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Wracam z cyklem „Jak co wtorek…” i co najważniejsze: wracam z radością. Udało się doprowadzić do momentu, w którym zatęskniłem za pisaniem. Kiedy miałem go po dziurki w nosie – przestałem, bo nie ma nic gorszego niż oszukiwanie czytelnika wymuszonym klepaniem w klawisze. A potem tylko czekałem na to, czy chętka kiedykolwiek wróci, czy też zniknęła na zawsze i pozostanie mi jedynie biznesowa, a nie dziennikarska część działalności. I całkowicie szczerze informuję was – chętka wróciła. Jest w głowie kilka tematów, z którymi chciałem się podzielić, aczkolwiek temat pierwszego po powrocie odcinka – stety czy niestety – wykreował się sam. Reklama Zbigniew Boniek kontra reszta świata. Reklama Na początek muszę rozczarować wszystkich zwolenników spisków i wszelakich teorii wyborczych. Nikt tu – jak to sugerowano w komentarzach – nie przestawia wajchy. Zbigniewa Bońka uważam za najlepszego prezesa PZPN w historii związku (tu nie miał szczególnej konkurencji, no ale jednak) i nie dałbym sobie małego palca uciąć, czy kiedykolwiek pojawi się lepszy. Jeśli więc wydawało wam się, że teraz Weszło wspiera osobę X albo Y, a z Bońkiem przestaje się liczyć, bo przecież do końca kadencji niedaleko, to sugeruję spacer po świeżym powietrzu. Ludzie w Polsce szybko zaczynają się nudzić innymi osobami i nie brakuje takich, którzy znudzili się Zbigniewem Bońkiem, ale już za moment będą wzdychali: kiedyś to było. Bo czy się to komuś podoba czy nie, Boniek wziął PZPN dogorywający, skłócony wewnętrznie i miotami żenującymi aferami, a zostawi jako prężnie działającą firmę, która stale zwiększa przychody, a co za tym idzie: skalę działania. Sędzia: W imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Internetowej… Tłum: ciiiiiiii. A czy trzeba się z nim we wszystkim zgadzać? Co się takiego stanie, jeśli masz od kogoś inne zdanie? Mnie się zawsze wydawało, że nic. Mało tego – że to dobrze mieć inne zdanie, pokłócić się trochę, na zewnątrz można nawet udawać nieprzekonanego, ale trafne argumenty drugiej strony gdzieś z tyłu głowy zostają. A nawet jeśli argumenty drugiej strony nie są trafne i od razu je wyrzucasz do kosza z napisem „nonsens”? Boże Święty, cóż z tego? Jakie znaczenie ma to, czy ktoś uważa, że mniejsza liga jest lepsza, a inny – że większa? Albo, że jedni twierdzą, że wyjazd do USA jest cool, a drudzy, że nie? A może wszystko ma swoje plusy i minusy, tak po prostu? Reklama Sędzia: Za posiadanie innego zdania i podejrzenie o brak racji… Tłum: uuuuuuu. Reklama Jednak internet trochę przypomina mi te niepraktyczne kraniki w Anglii: jeden z lodowatą wodą, drugi z gorącą. I albo się zmrozisz, albo poparzysz. Dwa strumienie, które dla komfortu wszystkich powinny się zmieszać, co nadałoby dyskusji odpowiednią temperaturę. No ale nie: płyną sobie zupełnie niezależnie, wściekle i na koniec spotykają się dopiero w zlewie. Skazuję cię na 10 lat upokorzeń, żartów i wykluczenia społecznego… Tłum: taaaaaaaak! jeeeeee! Ludzie, wyluzujcie, naprawdę. Można się spierać, to jest legalne. Można mieć inne zdanie, a potem iść na obiad. I przy obiedzie się spierać dalej. Spróbujcie kiedyś. Reklama * Reklama Zbigniew Boniek oburzył się, że na Weszło pojawił się tekst polemiczny do jego wystąpienia w moim programie. Z ręką na sercu: trochę go rozumiem. Można bowiem odnieść wrażenie, że ktoś przegrał starcie przed kamerą, więc tylko zaczekał, aż gość wyjdzie ze studia, by pokazać: hoho, jeszcze z tobą nie skończyłem! Moim zdaniem to ociera się o brak klasy. Można było trochę odczekać (i gdyby mnie zapytano, to powiedziałbym: zaczekać), mógł też Kuba Olkiewicz przedstawić swój punkt widzenia w swoim cotygodniowym, blogowym tekście, bo niejako przemówił głosem redakcji, a ja akurat w kilku kwestiach zupełnie się z nim nie zgadzam. Z drugiej strony: no przecież jest oczywistym, że słowa wypowiedziane przez prezesa PZPN zawsze podlegają dyskusji, ocenie i chyba nie było zamysłem Zbigniewa Bońka powiedzieć czegoś, o czym wszyscy minutę po wyłączeniu kamer zapomną. Polemika jest częścią futbolu, a ta na Weszło była normalna, kulturalna, tylko być może z kiepskim timingiem. Reklama Mówiąc krótko – burza w szklance (gorącej) wody. Reklama * Osobiście w kilku rzeczach zgadzam się ze Zbigniewem Bońkiem, a nie zgadzam z Jakubem Olkiewiczem, a w kilku – wręcz odwrotnie. Na przykład kwestia wyjazdu polskich zawodników do MLS. Prezes PZPN twierdzi, że prawdziwa piłka jest tutaj, w Europie i jeśli w tym sporcie chce się robić karierę, to właśnie tu. Natomiast Kuba napisał: Cały ambaras z MLS polega na tym, że przez lata utarł się mit, że to liga dla emerytów. Sęk w tym, że dziś do tej ligi trafiają całkiem nieźli piłkarze, poziom rośnie i te rozgrywki przestały być już domem spokojnej starości dla podstarzałych gwiazd, którym znudziła się Europa. Nie widzimy różnicy między tym, że zdolny Polak trafi za kilka baniek euro do Belgii a tym, że zdolny Polak trafi za kilka baniek dolarów do Stanów Zjednoczonych. Reklama Wydaje mi się, że Zbigniew Boniek patrzy ze swojej perspektywy: piłkarza wybitnego. I chyba nigdy nie był mistrzem wcielania się w rolę przeciętniaka. Natomiast my – tak szczerze – do MLS wysyłamy aktualnie przeciętniaków. Piłkarzy niezłych na naszą ligę, ale w skali światowego futbolu zawodników totalnie szarych i bez perspektyw na wielką karierę. Dla takich graczy Ameryka jawi się bajkowo. Reklama Ale jeśli Kuba Olkiewicz nie widzi różnicy między MLS a Belgią… Cóż, ja widzę. Być może kiedyś MLS będzie jak Belgia, być może to przeobrażenie właśnie się dzieje, ale póki co w ostatnich 10 latach z Ameryki do europejskiej ligi z TOP5 za sumę od 4 milionów euro wzwyż trafiło 6 zawodników, przy czym tylko jeden transfer przekroczył 10 milionów euro. Natomiast z Belgii w ciągu ostatnich 10 sezonów do lig TOP5 za sumę od 4 milionów euro wzwyż trafiło około 70 zawodników, a tylko w sezonie 2019/20 było ich 17! Jak więc można nie widzieć różnicy? Belgia jest trampoliną, nadaje karierze dynamikę, jest fabryką, a MLS jest wygodną, często końcową przystanią. Być może przestaje to być dom spokojnej starości (czy na pewno?), ale być może tworzy się tam dom spokojnej młodości? Karierę można robić wszędzie i wszędzie można być szczęśliwym. Ale jeśli piłka nożna byłaby kinem, to Europa jest odpowiednikiem Hollywood. A MLS – Bollywood. Tak, tam daleko też są gwiazdy, są pieniądze, fajne życie, czasami ktoś nakręci w tamtej części świata „Slumdoga” i wtedy w ogóle robi się szum, ale generalnie to nie to samo. Po prostu: nie to samo. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski po klęsce Barcelony

Trzy bramki przewagi przed meczem rewanżowym? No cóż, to w zasadzie dobry czas, by zacząć przepraszać kibiców… Tak naprawdę byłem święcie przekonany, że Barcelona z Liverpoolem nie odpadnie, ponieważ wychodziłem z założenia, że piłkarze tej klasy nie mogą rok w rok odpaść po wysoko wygranym pierwszym spotkaniu. Są zbyt świadomi stawki, popełnionych wcześniej błędów, zbyt skoncentrowani. Raz się może zdarzyć każdemu, wiadomo. Ale dwa? No nie, po prostu nie. I to nie po bliźniaczych meczach, w których wdeptano ich w glebę. Reklama A jednak rzeczy niemożliwe dla Barcelony nie istnieją, więc zostałem z biletem samolotowym i niedorzecznie drogim hotelem w Madrycie jak Himilsbach z angielskim (trudno, najwyżej wezmę syna do Parque de Atracciones zamiast na stadion, też będzie fajnie). Ale zamiast mieć dreszczyk emocji, będę rozmyślał o wczorajszym spotkaniu… Na przykład, że… Reklama Zdarzają się mecze, dość rzadko, ale się zdarzają, gdy przeciwko Barcelonie biegają nie piłkarze, ale wściekłe psy (to komplement). Z góry było wiadomo, że takimi właśnie wściekłymi psami staną się zawodnicy Liverpoolu. I w takich właśnie meczach ogromnym problemem „Barcy” – o ile bulterierów nie uda się okiełznać – z reguły jest Sergio Busquets. Oczywiście to piłkarz wspaniały, ale tempo spotkania, agresja i intensywność czasami sprawiają, że wygląda jak zbłąkany, rozglądający się turysta na środku ruchliwej nowojorskiej ulicy. Tu ktoś go popchnie, tam wyprzedzi, tu przestawi, ktoś przed nim wbiegnie do autobusu, ktoś wskoczy do zatrzymanej przez Sergio taksówki. A jeszcze ktoś inny zwinie portfel albo zwyczajnie da w tubę. Busquets to piłkarz zbyt dostojny na napierdalankę w stylu box to box, widok gdy próbuje kogoś dogonić jest dość żałosny. Niby biegnie, ale kolega z drużyny też biegnie, bo wie, że przecież Sergio ma inne zalety, ale na pewno nie szybkość. Nawet jak wczoraj dostał żółtą kartkę to za faul raczej z futbolu kobiecego (poleciałem stereotypem, sorry), a nie na skutek konkretnej luty. Nie ma co ukrywać, że Ivan Rakitić to też raczej mameja i gdybyś wybierał stu pomocników ze świata do meczu o kloppowej rock’n’rollowej charakterystyce, to pewnie w tej setce nie byłoby Chorwata. Zostaje Arturo Vidal, który zebrał bardzo dużo komplementów za pierwszą połowę na Anfield. Moim zdaniem to dość złudne. Otóż Arturo Vidal – i owszem – właśnie na takiej napierdalanki jest stworzony, to jest jego świat, jego środowisko naturalne. Reklama Ale! Reklama Ale jest coś ważniejszego moim zdaniem. Otóż Vidal jest zawodnikiem, który tak świetnie czuje się w chaosie, że sam go wręcz potęguje. Uważam, że niemal każdy mecz, w jakim zagrał Vidal, był chaotyczny lub takim się stawał. A wtedy z trójki Rakitić – Busquets – Vidal nadaje się do grania tylko Vidal. Dlatego wolę mecze, w których występuje Arthur, bo to z kolei zawodnik, który chaos wygasza i próbuje zaprowadzić porządek, jakąś barcelońską logikę akcji. I wtedy odżywają też Busquets oraz Rakitić. Nigdy się tego nie dowiemy, ale ja uważam, że Barcelona z Arthurem w pierwszym składzie byłaby mniej agresywna, mniej zawadiacka, ktoś powie, że jeszcze bardziej bezjajeczna, ale… – podkreślam, moim zdaniem – miałaby większe szanse ten mecz odpowiednio przygasić i zacząć grać spokojnie. Trzymać piłkę, zamiast ją gonić. Bo Arthur to zawodnik, który podłącza do gry wszystkich wokół. Innymi słowy Arturo Vidal jest zawodnikiem MMA, który wychodzi na miasto z dwoma kolegami lamusami i gdy natrafia na trzech solidnych rzezimieszków mówi: – Dawajcie, lejemy się wszyscy! I de facto łomot zbiera cała trójka, lamusy największy. Reklama Z kolei Arhur w takiej sytuacji zagaja: – Panowie, ale po co ta agresja? Powstawię wam piwo. Albo pograjmy w szachy. Poopowiadajmy sobie o burzliwej historii dorzecza Rio Grande… Reklama I wtedy jest szansa wyjść bez szwanku. Wydaje mi się, że właśnie postawa linii pomocy – oprócz rażącej nieskuteczności oraz fatalnej postawy Alby w rewanżu – była w dwumeczu decydująca, bo tak naprawdę Barca zaprezentowała się względnie słabo zarówno u siebie, jak i na wyjeździe (a Liverpool też – łagodnie mówiąc – skutecznością nie grzeszył). Pewnie inne byłoby podejście Liverpoolu (chociaż czy na pewno inne?), gdyby Dembele strzelił na 4:0 w pierwszym spotkaniu, ale od pierwszego jego dnia w Barcelonie nie mogę wyzbyć się wrażenia, że ten chłopak jest genialnym idiotą. Ja nawet nie dałbym sobie ręki uciąć, czy on rewanż na Anfield oglądał, czy też myślał, że jest w środę, ewentualnie grał na konsoli. Chyba dobrze by było skupić się na tym, by przez rok zakamuflować braki intelektualne tego chłopaka, a potem sprzedać go jakiemuś naiwniakowi z arabskim budżetem. Gorzej, że jego zmiennikiem jest Coutinho, który chyba bardziej pasowałby bliżej środka pola. W Barcelonie równy sezon rozgrywa tak naprawdę tylko czterech piłkarzy, przy czym ten czwarty (Alba) tylko do wczoraj. Poza nim to Messi, który w dwumeczu z Liverpoolem strzelił dwa gole i wypracował kolegom sześć sytuacji, Gerard Pique oraz Marc Andre Ter Stegen (aczkolwiek przy golu na 2:0 jak swój potencjał to dał ciała). O Messim pisać dużo nie trzeba, natomiast mam wrażenie, że Pique czasami robi za duet stoperów. Lenglet niby się dobrze wpasował, niby posadził Umtitiego, niby wszystko jest ok, ale czasami trudno mi się wyzbyć wrażenia, że jak pada gol dla rywali to można się zastanawiać: „zaraz, zaraz, a gdzie zniknął Lenglet?”. Bo on niby nie popełnia rażących błędów, ale po prostu jakimś cudem znajduje się w takim miejscu, że – masz ci los – nic nie mógł zrobić. Pique to defensor naprawiający błędy innych, wykonujący mnóstwo interwencji ratunkowych, ciągle będący w centrum zamieszania, błyskawicznie się przemieszczający (zresztą kto się wczoraj zorientował przy rzucie rożnym na 4:0 – tylko Pique i nawet niewiele zabrakło, by tę sytuację uratować). A Lenglet jakiś taki dyskretny, zawsze niewinny. Alibi. Reklama Mecz Suareza na Anfield do zapomnienia. Jak już wyszedł do pozycji strzeleckiej to strzał oddał byle jaki, jakby się do niego nie przyłożył. Nie robił akcji indywidualnych, w zasadzie nie rozgrywał, nie przytrzymywał piłki, bo od razu się kładł, co oczywiście robi często, ale bez przesady: zwykle wytacza obrońcom wojnę, a tutaj to nie była wojna tylko pisanie listów do wojsk NATO z prośbą o interwencję. Reklama Musi to wszystko sobie przemyśleć trener Barcelony, przy czym mam nadzieję, że nie będzie nim Valverde (ale też nie mam złudzeń – będzie nim). Jest to człowiek na wskroś nudny, prowadzący nudne drużyny w nudnych meczach, tak niedopasowany jak jego własne, workowate spodnie garniturowe. Nie wiem, jak wyglądałaby Barcelona, gdyby prowadził ją Juergen Klopp, ale nie mam wątpliwości, że zmiotłaby na pył prowadzony przez Valverde Liverpool (chociaż nie wiem, czy pod wodzą Valverde Liverpool w ogóle grałby w Lidze Mistrzów). Klub marnuje najlepsze lata Messiego upierając się przy trenerach tak szarych, że gdyby w ogóle nie pojawili się na stadionie to mógłby się nikt nie zorientować. KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Tylko koni żal. Ale komu? Stanowski vs reszta świata

Obrońcy zwierząt chcieli uratować ponad 100-letniego homara, który wiódł niespieszne życie w akwarium w jednej z tysiąca restauracji na Florydzie. Homar Larry przeżył obie Wojny Światowe, zapewne nawet o nich nie wiedząc, ale interwencji obrońców zwierząt już przeżyć nie zdołał. Umarł podczas nieudolnego transportu, zorganizowanego przez swoich „adwokatów”. Reklama Przypomina mi się tak historia, gdy natykam się na osoby, które nie tyle szanują i kochają zwierzęta (piękne), ale które na punkcie ich ochrony mają fioła (mniej piękne). Reklama Kilka dni temu wrzuciłem na Twittera zdjęcie, na którym widać, jak podjeżdżam w górę wozem ciągniętym przez dwa konie. Zamieściłem tę fotkę z pełną premedytacją, dokładnie wiedząc, jakie będą reakcje ludzi i co będą mi zarzucać. Nawet nie da się tego nazwać twitterowym eksperymentem, ponieważ zrobiłem to drugi raz i drugi raz odzew był identyczny. Oczywiście nie wsiadłem do wozu tylko po to, by zrobić gównoburzowe zdjęcie, aż tak popieprzony nie jestem: rzeczywiście uznałem, że biorąc pod uwagę okoliczności (brukowana droga, dwójka dzieci, w tym jedno śpiące, taka sobie pogoda) wolę po prostu wjechać, zamiast włazić i jednocześnie zaświtało mi w głowie, że jest to temat, na który chętnie bym podyskutował. Na pytanie, po co w ogóle pchałem się na górę, skoro nie chciało mi się iść, odpowiedź też jest prosta: odbywała się tam impreza masowa, podczas której umówiłem się ze znajomymi. Co ciekawe – albo raczej wstrząsające! – owi znajomi w części (mniejszej) też wjechali na górę, a potem w innej części (większej) bezwstydnie zjechali. Czy mam jakiekolwiek wyrzuty sumienia? Otóż nie mam najmniejszych, a żeby jeszcze bardziej zobrazować, jakim jestem bydlakiem to dodam, że w ostatnich latach bywałem w ZOO, delfinarium, oceanarium, na pokazie, podczas którego foka rzucała piłkę do kosza, na wyścigach konnych, wyścigach psów, w cyrku (no dobra, w cyrku nie byłem, a szkoda), a także trzymałem na rękach małego krokodyla z zawiązaną paszczą. Co gorsza, jeśli pojadę do Tajlandii – a chciałbym – to na pewno przejadę się na słoniu, a jak będę w Egipcie – to na wielbłądzie. Dopiero co miło spędziłem czas w papugarni i co gorsza podobało się też mojej wrednej rodzinie. Mam nadzieję, że wiedzą państwo czym jest papugarnia: to dość małe, drewniane więzienie dla papug, które kiblują w środku ku uciesze łapiących je, niekoniecznie delikatnych dzieciaków. O tym, jak szkolona jest foka, by trafiać do kosza nawet nie będę wspominał… Reklama Ale przecież to dopiero początek listy hańby. Regularnie na moje zlecenie mordowane są przeróżne zwierzęta. Nie każę wprost zabijać konkretnych osobników, po prostu rynek nauczył się szacować moje i innych zapotrzebowanie i zabija dla mnie kurczaki, świnie, ryby, jelenie, barany (szczególnie te małe), kaczki, ośmiornice itd. Nie wiem, czy wiecie, ale ośmiornice należą do najinteligentniejszych bezkręgowców, są też bardzo wrażliwe, ale to chyba nie ma przełożenia na smak, gdy się mięso dobrze przyrządzi. Czy mógłbym żyć bez mięsa? Chyba bym mógł, z łatwością to sobie wyobrażam. Ale mi się nie chcę rezygnować z rzeczy, które mi smakują. Reklama Jestem więc ZŁY . Jak wszyscy, ale inni nie chcą się do tego przed sobą przyznać. Moje straszne podejście wobec zwierząt polega także na tym, że w ogrodzie wyłożyłem siatkę przeciw kretom i nie mają się biedne jak wystawić łba. Stosuję lepy na muchy, a psu założyłem antykleszczową obrożę. Albo zabijam zwierzęta, bo lubię je jeść, albo zabijam, bo mnie denerwują (komary, kleszcze), albo trzymam w przeróżnych więzieniach, bo je podziwiam (słonie, lwy, żyrafy). Najbliższe więzienia dla zwierząt na warszawskiej Pradze. Można oglądać uwięzione gatunki i zjeść watę cukrową. Fajnie. Dziwią mnie osoby, które swoją miłość do zwierząt uważają za bezkresną i które każdego konika by przytuliły, a które jednocześnie świnkę codziennie by zjadły. Widocznie miłość zależna jest od smaku i aktualnych promocji w Auchan. Reklama * Reklama Pisze do mnie jedna pani na Instagramie, że mój podjazd to rzecz straszna. Wszedłem na jej konto: mnóstwo zdjęć na koniu. Nie wiem, dlaczego pomyślała, że konie lubią być trzymane w ciasnej stajni, potem siodłane i że szczytem ich marzeń jest hasanie z obcą osobą na grzbiecie. Być może pani nawet skacze przez przeszkody i może jej się wydaje, że to szczyt marzeń tego konia. Mnie się wydaje, że niekoniecznie. Niech sama sobie założy siodło i wozi dziecko, niech nawet poskacze przez przeszkody, żeby nudno nie było. Dziecku dajmy bat, tak na wszelki wypadek. Miała też pani zdjęcia z pieskiem, ciekawe, czy piesek zastanawia się, dlaczego porwano go od mamy, taty i rodzeństwa. Porywamy zwierzęta, żeby zrobić sobie dobrze, a że umiemy im wyprać mózgi to potem zwierzęta traktują nas jak faktyczną rodzinę. Nie jest tak? Sam to niedawno zrobiłem. Było z dziesięć piesków i wyrwałem jednego od rodziny. Cały nasz świat wygląda tak, że myśmy – ludzie – zwierzęta sobie podporządkowali i de facto jesteśmy ich największymi wrogami. Tylko w Polsce rocznie w celach konsumpcyjnych zabija się blisko 900 milionów zwierząt (co daje 2,5 miliona dziennie). Jako że Polska nie jest krajem specjalnie wielkim, skala zwierzęco holokaustu jest wręcz niewyobrażalna. Budujemy specjalne farmy, zbiorniki wodne, hodowle, zwierzęta tuczymy, potem zabijamy, a jak nas ruszy sumienie (rzadko) to mówimy, że można było zabić szybciej i bezboleśnie i na tym się nasze poświęcenie kończy (oj, jaka biedna krówka, po co uderzyłeś ją młotkiem zamiast siekierą?). Czy zastanawiamy się co jemy? Nie chcemy sobie zaprzątać tym głowy, bo tak wygodniej. Nie interesują nas zwierzaki, które przez całe swoje życie nawet dnia nie spędzają w naturalnym środowisku, ponieważ całe ich środowisko to nasz garnek. Reklama Dla naszej wygody przestaliśmy mówić, jakie zwierzę musiało zostać zabite, by smak potrawy nam pasował. Dlatego mówimy o wołowinie, wieprzowinie, dziczyźnie, drobiu… Nie musimy sobie wyobrażać smutnej, patrzącej nam prosto w oczy świnki albo radośnie kicającym zajączku (bynajmniej nie czekoladowym). Reklama Jak to świetnie ujął jeden z użytkowników Twittera, z postrzeganiem koni jest pewien problem. Dla części ludzi są to zwykłe zwierzęta wykorzystywane w gospodarstwie do pracy (koń jako poprzedni model traktora), w sumie niewiele różniące się od trzymanych na łańcuchu krów albo taplających się w błocie świń. Dla innych konie to zwierzęta domowe, tylko trochę za duże, by trzymać je w domu. Przyjaciele. Jak koty czy psy. To postrzeganie koni na dwa sposoby generuje konflikty. Jednocześnie duża część z nas to naiwniacy. Szczytem naiwności są internetowe zbiórki, które mają na celu wykup konia idącego do rzeźni. Realia są bowiem takie, że do rzeźni w Polsce trafia rocznie około 50 000 koni, czyli jak wy przez tydzień robicie zbiórkę na uratowanie jednego konia, to w tym samym czasie zabijanych jest 960 innych. Te wesołe, hasające koniki, na których dzieci uczą się jeździć też są uśmiercane. Na stronie nto.pl trafiam na artykuł o koniach. Fragment: – Są rzeźnie wyspecjalizowane w zabijaniu koni. Na mięso sprzedaje się nawet rasowe konie ze znanych hodowli, po to, aby za dużo zwierząt nie trafiło do innych hodowli, bo to obniży w przyszłości ich cenę. Prawdziwy pogrom koni dokonuje się jesienią. Wiosną szkółki jeździeckie chętnie kupują młode konie, które po przyuczeniu pracują przy nauce jazdy. Jesienią, kiedy sezon się kończy, takie konie trafiają na rzeź, by przez zimę nie opłacać wysokich kosztów ich utrzymania. Wielu hodowców nie chce ich trzymać, skoro na wiosnę można kupić nowe – mówi Scarlett Szołgalis z fundacji Tara, zajmującej się opieką nad tymi zwierzętami. Z tego samego artykułu dowiaduję się, że rynek koniny jest warty 175 milionów złotych rocznie. Konie eksportowane są przede wszystkim do Włoch. Reklama I teraz dochodzimy do bardzo ciekawego pytania, na które każdy może odpowiedzieć sobie sam. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Skąd aktualnie polskie kluby biorą trenerów? Z widowni. Reklama Wyobraźcie sobie, że idziecie do teatru. Dobre miejsca, pierwszy rząd. Ale nagle się okazuje, że aktor grający główną rolę nie radzi sobie zbyt dobrze. Reklama – Zapraszamy pana na scenę. – Mnie? – Tak, pana. Rozglądacie się wokół. – Śmiało, śmiało. Zna pan chyba postać Romeo, prawda? – Yyyyyy. – Na pewno pan zna. Zapraszamy. Reklama Dariusz Żuraw i Aleksandar Vuković mają poprowadzić dwa największe polskie kluby w ostatnich dziesięciu kolejkach ekstraklasy. Wzięto ich właśnie z widowni. Mieli dobre miejsca, blisko boiska. Wywołano ich, aby przejęli główne role w tych spektaklach. W Lechu Poznań wywoływano już tylu ludzi, że w klubowych korytarzach coraz trudniej spotkać kogoś, kto ani przez moment nie był trenerem „Kolejorza”. Reklama Zarówno Żuraw jak i Vuković mogą być świetnymi ludźmi (o tym drugim mogę to powiedzieć na pewno), ale obaj zostają obarczeni odpowiedzialnością zupełnie przez przypadek. Żaden z nich nie miałby najmniejszych szans poprowadzić takiego klubu, gdyby nie fakt, że akurat trzeba dać tę fuchę komukolwiek, kto ma dres, buty i umie włączać stoper. W Legii sytuacja jest w ogóle kuriozalna, z uwagi na kuriozalnego prezesa Dariusza Mioduskiego i jego kuriozalne wypowiedzi w programie „Sekcja Piłkarska” emitowanego na stronie sport.pl. Jeszcze w poprzednim tygodniu Mioduski mówił, że „wszyscy kochamy Sa Pinto” i zapewniał o wsparciu, potem był mecz z Wisłą, którego – zdaniem Mioduskiego właśnie – Legia nie musiała przegrać, a wynik jest dość mylący. A jednak kochany Sa Pinto został zwolniony po tym nie najgorszym meczu, którego wynik jest mylący i teraz okazuje się, że klub nie tylko nie ma upatrzonego następcy, ale nawet nie wie, kto poprowadzi we wtorek trening, bo akurat Vuković wyjechał z Warszawy na egzamin. Zresztą Vuković jeszcze rok temu w identycznym momencie zdaniem Dariusza Mioduskiego nie nadawał się do tej roli. Wtedy prezes twierdził: – Vuković jest częścią Legii, jej sercem. Ale ja potrzebuję głowy. Teraz z kolei mówi: – Vuković to naturalny kandydat do poprowadzenia Legii do końca sezonu. Reklama A więc albo u „Vuko” – zdaniem prezesa oczywiście, bo nie moim – wykształciła się w końcu głowa, albo Legia zamierza finiszować bez głowy. Reklama Mioduski ma jednak to do siebie, że z wielkim przekonaniem, a nawet z wielkim nabożeństwem potrafi wygadywać rzeczy, które się wzajemnie wykluczają lub które w ogóle nie mają najmniejszego sensu. Opowiada, że średni czas pracy trenera w Europie to 11 miesięcy, ale zapomina dodać, z czego te wyliczenia wynikają. A wynikają z tego, że źle zarządzane kluby biorą trenerów na moment, a dobrze – na dłużej. I Legia jest wśród tych najgorzej zarządzanych, skoro to drugi sezon z rzędu, w którym zespół poprowadzi minimum trzech trenerów. Zresztą, skoro Mioduski sugeruje się tymi 11 miesiącami, to po co daje trenerowi, który jest typowym spadochroniarzem, kontrakt na 36 miesięcy? To w ogóle ciekawe, jak bardzo Mioduski jest uzależniony od przekonywania wszystkich wokół, że ma jakąś strategię w tym swoim pierdolniku. – Nasze cele i strategia pozostają niezmienne – co się zmienia to środki, jakimi je osiągamy – powiedział wczoraj. Reklama I dodał: – Apetyt rośnie wśród kibiców, ale i wewnątrz klubu. Wtedy zaczęliśmy dostrzegać, że jesteśmy klubem, który ma zdobywać trofea. To jest strategia. Ktoś się czasem śmieje, ludzie mówią, że skoro zmiana trenera, to nie ma strategii. Jest: zdobywać trofea co sezon. Poza tym cel, który ja wprowadziłem, to stawiać na wychowanków i młodych Polaków. Reklama „Zdobywać trofea co sezon” to nie jest strategia, tylko cel. Chyba że Dariusz Mioduski uważa, że strategicznym posunięciem jest coroczne zwalnianie kiepskiego trenera w kwietniu i powierzanie drużyny przypadkowej osobie. A już te gadki o wychowankach i młodych Polakach… No po prostu mnie od nich mdli. Kontenery kiepskich cudzoziemców w każdym oknie. Przyjeżdża Agra, wyjeżdża Eduardo. Przyjeżdża Rocha, wyjeżdża Hildeberto. Nieprzerwane pasmo idiotycznych zaciągów, jacyś Mauricio czy inne Antolicie, ruchy bez ładu i składu, a Mioduski o wychowankach. Najgorsze, że on sam sobie wierzy. Cała ta pańska „strategia” sprowadza się do tego, że dzisiaj może pan naprawdę porządnie zarobić jedynie na zawodnikach, których pan odziedziczył po rządach poprzednika, Bogusława Leśnodorskiego: na Majeckim, Szymańskim, Wietesce, Nagym, Kulenoviciu, Niezgodzie oraz – dzięki opcjom – Dudzie, Prijoviciowi i Bereszyńskiemu. Pan powinien poprzednikowi raz w tygodniu kwiaty wysyłać. * Reklama Wczoraj byłem gościem w „Magazynie Ekstraklasa”. Prowadzący, Tomek Włodarczyk, zapytał, jak to jest możliwe, że tak zorganizowany klub jak Legia przegrywa z tak zorganizowanym klubem jak Wisła. Odpowiedziałem, że to bardzo logiczne, że lepiej zorganizowany klub wygrywa z gorzej zorganizowanym. Oczywiście pamiętam, że w Krakowie dopiero co robiono zrzutkę na kosiarkę, a w tym czasie trener Legii urządzał apartament przy Złotej 44. Reklama Ale jak dzisiaj chcemy zestawić organizację obu tych klubów? Który z tych klubów dobrał właściwą osobę na stanowisko trenera? Wisła. W którym z tych klubów trener ma komfort zatrudnienia? W Wiśle. Który z tych klubów ma dyrektora sportowego, który nie musi wyciągać wizytówki na powitanie? Wisła. Który z tych klubów ma prezesa, który cokolwiek wie o piłce nożnej? Wisła. Który z tych klubów dokonuje lepszych transferów? Wisła. W którym z tych klubów pierwsza drużyna ma lepsze warunki do treningów? W Wiśle. Aż możemy dojść do pytania najbardziej brutalnego. Który z tych klubów ma mniejsze zadłużenie? Halo, który, panie Darku? Reklama * Reklama