Archiwum

Wszystkie wypowiedzi

Oficjalne wpisy z X oraz cytaty z wywiadów i wystąpień. 8341 wypowiedzi, 3 113 902 słów — 506 z X, 7835 z innych mediów.

Mateusz Morawiecki

@MorawieckiM

22 sie 2026, 14:59

X

Kupujcie lokalnie. Myślcie globalnie. Wybierajcie polskie. Bo właśnie takiej Polski chcemy w Rozwój Plus! Silnej polskimi firmami, markami i przedsiębiorcami.

398
94
70
12 tys. wyświetleń

Mateusz Morawiecki

@MorawieckiM

22 sie 2026, 08:00

X

Do rozwoju potrzebne są pieniądze - my w Rozwój Plus chcemy zostawić ich jak najwięcej w portfelach Polaków. Policzcie sami, ile zyskacie na naszych propozycjach obniżki podatków.

415
122
284
21 tys. wyświetleń

Grzegorz Braun

21 sie 2026, 21:57 · nczas.com

Wywiad

Uśmiechnięci komedianci brną dalej w farsę. Kolejne zarzuty dla Grzegorza Brauna - NCZAS.INFO

Twoja nazwa użytkownika Twoje hasło Zapomniałeś hasła? sprowadź pomoc Polityka prywatności Odzyskiwanie hasła Odzyskaj swoje hasło Twój e-mail Hasło zostanie wysłane e-mailem. Strona główna Wiadomości Polska Uśmiechnięci komedianci brną dalej w farsę. Kolejne zarzuty dla Grzegorza Brauna Wiadomości Polska Uśmiechnięci komedianci brną dalej w farsę. Kolejne zarzuty dla Grzegorza Brauna Autor: AW Facebook Twitter Email Wydrukować Copy URL NCZAS.INFO | Grzegorz Braun. / foto: PAP Lider Konfederacji Korony Polskiej, polski poseł do Parlamentu Europejskiego Grzegorz Braun usłyszał w czwartek w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie „zarzuty popełnienia czterech przestępstw” – przekazał prokurator krajowy Dariusz Korneluk. Dodał, że Braun nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień. Te zarzuty to kupa śmiechu i kłamstwa. Prokurator krajowy poinformował w piątek w TVN 24, że Grzegorz Braun usłyszał w czwartek w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie „zarzuty czterech przestępstw”, do których – jak dodał – nie przyznał się i odmówił składania wyjaśnień. Zapytany o jakie przestępstwa chodzi, Korneluk przekazał, że są to przestępstwa dotyczące zdarzeń z wiosny 2025 r. – Dotyczące kradzieży flagi Ukrainy z Urzędu Miasta w Białej Podlaskiej, kradzieży też flagi Unii Europejskiej, zniszczenia wystawy poświęconej LGBT w Sejmie, a także pomówienia Muzeum Żydów Polskich za słowa związane z żonkilami – wyjaśnił. Przedstawienie zarzutów europosłowi było możliwe po tym, jak w pod koniec marca br. Parlament Europejski opowiedział się wnioskiem o uchylenie immunitetu Grzegorzowi Braunowi, za te konkretne sprawy. Wniosek ten do PE skierowała w lipcu 2025 r. Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga. Sprawy, w których polityk usłyszał zarzuty dotyczą kradzieży flagi Ukrainy z Urzędu Miasta w Białej Podlaskiej z kwietnia 2025 r. oraz kradzieży flagi UE z holu Ministerstwa Przemysłu w Katowicach z maja tego samego roku. Kolejna to sprawa z kwietnia ub.r., kiedy Braun pomówił organizatorów akcji społecznej „Żonkile”, w czasie jednej z transmitowanych debat prezydenckich. Polityk nazwał żółty żonkil – symbol akcji społeczno-edukacyjnej organizowanej corocznie przez Muzeum Historii Żydów Polskich Polin – „znakiem hańby”. Ostatnia kwestia dotyczy zdarzenia z czerwca 2025 r., kiedy europoseł zniszczył w holu głównym Sejmu wystawę poświęconą społeczności LGBT+. Po zniszczeniu wystawy zakazano Braunowi wstępu i wjazdu na teren polskiego Sejmu. Podstawą tego zarządzenia był sejmowy regulamin, który wskazuje, że „nie zezwala się na wejście i wjazd na tereny oraz wejście do budynków osobom, które swoim zachowaniem lub wyglądem naruszają powagę Sejmu lub Senatu”. Obecny marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty zapowiedział, że podtrzyma decyzję o niewpuszczaniu Brauna do Sejmu. Zarzuty Korneluka to kupa śmiechu i kłamstwa Wyjaśniamy wszystko po kolei. 1. Kradzież flagi Ukrainy Prawdą jest, że Grzegorz Braun z pomocą wolontariuszy, ściągnął flagę Ukrainy z Urzędu Miasta w Białej Podlaskiej w kwietniu 2025 r. Jednak kłamstwem jest, że ją ukradł. Grzegorz Braun szanuje symbole narodowe – na polskich urzędach mają wisieć tylko polskie flagi, a miejsce dla flag innych państw jest w ich placówkach dyplomatycznych. Tak też zrobił Braun – przekazał z szacunkiem zdjętą flagę Ukrainy do ambasady Ukrainy w Warszawie, co widać na poniższym materiale video. 2. „Kradzież” flagi UE Prawdą jest, że Grzegorz Braun zabrał flagę UE z polskiego urzędu, a potem ją spalił. Jednak zgodnie z polskim prawem flaga UE jest flagą organizacji międzynarodowej i nie podlega ochronie jak flagi innych państw. W związku z tym kradzież takiej flagi należy oceniać pod kątem jej wartości. Flaga UE kosztuje około 30 zł. Kradzież 30 złotych to wykroczenie (ponieważ kwota ta nie przekracza progu 800 zł). Zgodnie z Kodeksem wykroczeń teoretycznie grozi za nie kara aresztu (od 5 do 30 dni), ograniczenia wolności (np. prace społeczne) albo grzywna od 20 do 5000 złotych. W praktyce najczęściej kończy się to mandatem karnym lub grzywną. Ciężko jest wsadzić kogoś do więzienia za 30 zł, ale już takie przypadki w Polsce się zdarzały, więc kto wie co zrobią uśmiechnięci prokuratorzy i sądy… 3. Zniszczenie wystawy LGBT w Sejmie W czerwcu 2025 r. Grzegorz Braun połamał kilka tablic wystawionych w Sejmie, będących elementami wystawy o „społeczności LGBT+”. Organizatorzy z „Tęczowego Opola” wycenili tablice na około 3600 zł, co wydaje się przesadą. Jednak Grzegorz Braun przekazał, że działał w celu obrony moralności publicznej i zapobieżeniu zgorszeniu publicznemu. Art. 51. Kodeksu wykroczeń mówi, że „kto (…) wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny.” Braun przeciwdziałał temu przestępstwu. 4. Żydowski żonkil Prawdą jest, że Grzegorz Braun podczas jednej z debat prezydenckich powiedział do Rafała Trzaskowskiego: „Parę dni temu był pan oflagowany tym żydowskim żonkilem, tym znakiem hańby”. Kilka dni później na spotkaniu w Płocku Braun wyjaśnił szerzej co miał na myśli: „Z nim też nie chodzi o serdeczną pamięć poległych i pomordowanych, ale – w dużym skrócie – o wchodzenie Polakom na głowę, obsikiwanie terytorium. Są żydowskie żonkile, a gdzie są w klapach marynarek funkcjonariuszy frontu ideologicznego, polityków wołyńskie kwiaty lnu, kiedy przychodzi rocznica? […] Monopol przemilczenia, przekłamania eksponuje ten emblemat i w związku z tym to nie jest znak serdecznej pamięci pomordowanych, tylko spektakl tryumfalizmu żydowskiego wobec Polaków. […] W tym kontekście przypinanie tego żonkila jest znakiem hańby, dominacji, przemocy symbolicznej stosowanej wobec Polaków.” Nie można tego uznać za „pomówienie” tylko za twardą ocenę rzeczywistości – Polacy są tresowani do użalania się nad Żydami i stawiania ich na pierwszym miejscu, a polskie ofiary są spychane na dalszy plan. Od grudnia zeszłego roku przed Sądem Rejonowym dla Warszawy-Pragi Południe toczy się proces Brauna, w którym europoseł jest oskarżony m.in. w sprawach zgaszenia gaśnicą świec chanukowych w Sejmie w grudniu 2023 r. oraz zajść w budynku Narodowego Instytutu Kardiologii w 2022 r., gdy w czasie pandemii Braun wszedł do szpitala z grupą osób, a żadna z nich – o zgrozo! – nie miała maseczek – a następnie wszedł na spotkanie dyrekcji placówki i miał zaatakować jej dyrektora, dr. Łukasza Szumowskiego. Gdyby zaatakował tego snaitarystę w maseczce, to nie byłoby problemu… Źródło: PAP, nczas.info Dariusz Korneluk Grzegorz Braun proces brauna Prokuratura Krajowa Facebook Twitter Email Wydrukować Copy URL Poprzedni artykuł Niemiecka delikatność. Rosja wydała nakaz aresztowania niemieckiego dziennikarza Następny artykuł PiS, Konfederacja i Rozwój Plus na wspólnej liście? SONDAŻ nie pozostawia złudzeń Brutalne zabójstwo kibica w Krakowie. Prezes Wisły zapowiada nowe zasady na trybunach. „Zostaną usunięte natychmiast wraz z ich właścicielami” „Stan nieważkości” Zajączkowskiej‑Hernik. Sommer i Wielomski o jej niepewnej przyszłości [VIDEO] „Nie czarny czwartek, ale czarna d*pa”. Mocny głos ws. Barbary Mróz-Gorgoń. Profesor stawia ultimatum Najnowsze Były ukraiński minister obrony tłumaczy, dlaczego nie zakończono wojny. Fedorow: Uniemożliwia nam to korupcja Brutalne zabójstwo kibica w Krakowie. Prezes Wisły zapowiada nowe zasady na trybunach. „Zostaną usunięte natychmiast wraz z ich właścicielami” „Stan nieważkości” Zajączkowskiej‑Hernik. Sommer i Wielomski o jej niepewnej przyszłości [VIDEO] „Nie czarny czwartek, ale czarna d*pa”. Mocny głos ws. Barbary Mróz-Gorgoń. Profesor stawia ultimatum Polacy zgodni. W razie wojny armia nas nie obroni [SONDAŻ] Tusk ugadał się z Zełeńskim. Miller: Nie wyobrażam sobie, żeby za moich czasów coś takiego było możliwe Brutalne zabójstwo kibica Hutnika. Policja zwolniła wszystkich zatrzymanych Zamieszki w zamkniętym ośrodku dla migrantów. Przybysze rzucali w policjantów kamieniami i niszczyli mienie nie zezwala się na wejście i wjazd na tereny oraz wejście do budynków osobom, które swoim zachowaniem lub wyglądem naruszają powagę Sejmu lub Senatu kto (…) wywołuje zgorszenie w miejscu publicznym, podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny. Parę dni temu był pan oflagowany tym żydowskim żonkilem, tym znakiem hańby Z nim też nie chodzi o serdeczną pamięć poległych i pomordowanych, ale – w dużym skrócie – o wchodzenie Polakom na głowę, obsikiwanie terytorium. Są żydowskie żonkile, a gdzie są w klapach marynarek funkcjonariuszy frontu ideologicznego, polityków wołyńskie kwiaty lnu, kiedy przychodzi rocznica? […] Monopol przemilczenia, przekłamania eksponuje ten emblemat i w związku z tym to nie jest znak serdecznej pamięci pomordowanych, tylko spektakl tryumfalizmu żydowskiego wobec Polaków. […] W tym kontekście przypinanie tego żonkila jest znakiem hańby, dominacji, przemocy symbolicznej stosowanej wobec Polaków.

Sławomir Mentzen

@SlawomirMentzen

21 sie 2026, 13:58 · Oficjalny profil X @SlawomirMentzen

X

Już jutro kolejna Sprawa dla Mentzena! Pojechałem do Suwałk, gdzie w marcu Ukrainiec dotkliwie pobił polskiego nastolatka. Jak zareagowało państwo polskie? Nasyła na pobitego Polaka i jego kolegów policję oraz kuratorów. Tych nie interesuje pobicie a to, że młodzi Polacy rzekomo znieważyli Ukraińca. To bulwersująca historia, w której państwo ze sprawcy robi ofiarę, a z ofiar sprawców, tylko dlatego, że napastnik był Ukraińcem. Film już jutro na moim kanale na YT!

Wpis z wideo

2171
329
84
38,6 tys. wyświetleń

Mateusz Morawiecki

@MorawieckiM

21 sie 2026, 12:30

X

Bezpieczeństwo finansowe polskich rodzin to podstawa strategii demograficznej Rozwój Plus. Jeżeli zostaniesz rodzicem przed 26 r.ż. - nie zapłacisz podatku PIT 2 lata dłużej!

190
44
42
11,9 tys. wyświetleń

Mateusz Morawiecki

21 sie 2026, 12:00 · Rozwój Plus

Wywiad

Propozycje podatkowe i patriotyzm gospodarczy, sierpień 2026

Do rozwoju potrzebne są pieniądze — chcemy zostawić ich jak najwięcej w portfelach Polaków. Bezpieczeństwo finansowe polskich rodzin to podstawa strategii demograficznej. Jeżeli zostaniesz rodzicem przed 26. rokiem życia, nie zapłacisz podatku PIT dwa lata dłużej. PIT 0% dla młodych rodziców: jeśli pierwsze dziecko urodzi się przed ukończeniem 26. roku życia jednego z rodziców, zerowy PIT zostanie z rodziną o dwa lata dłużej. Kupujcie lokalnie, myślcie globalnie, wybierajcie polskie. Silna Polska to polskie firmy, marki i przedsiębiorcy. Patriotyzm gospodarczy czasem zaczyna się od filiżanki — od rodzinnej firmy, która pokazuje, że polska jakość może iść w świat. Gdy rząd produkuje pustkę, my proponujemy rozwiązania.

Sławomir Mentzen

@SlawomirMentzen

21 sie 2026, 11:19 · Oficjalny profil X @SlawomirMentzen

X

Te 200 tysięcy zł za raport z AI to miał być dopiero początek. Nasza szalona profesor chciała dostać nawet 670 mln zł na realizację tej wymyślonej przez AI strategii! Dlatego nie wolno podnosić podatków. Niech rząd najpierw przestanie marnować nasze ciężko zarobione pieniądze na bzdury!

Wpis ze zdjęciem

3279
346
94
65 tys. wyświetleń

Mateusz Morawiecki

@MorawieckiM

21 sie 2026, 10:30

X

PIT 0% dla młodych rodziców to kolejna propozycja Rozwój Plus dla polskich rodzin. Jeśli pierwsze dziecko urodzi się przed ukończeniem 26. roku życia jednego z rodziców, zerowy PIT zostanie z rodziną o dwa lata dłużej!

396
88
152
38,7 tys. wyświetleń

Sławomir Mentzen

@SlawomirMentzen

21 sie 2026, 07:45 · Oficjalny profil X @SlawomirMentzen

X

Bardzo cieszę się, że otoczenie Prezydenta zapowiedziało weto dla ustawy podwyższającej podatki dla polskiego biznesu. Prezydent Karol Nawrocki trzyma się swojej obietnicy, którą złożył Polakom w Deklaracji Toruńskiej. Wreszcie mamy prezydenta, który broni polskich podatników przed pazernością rządu, podwyższaniem i wprowadzaniem nowych podatków!

5375
259
266
235,4 tys. wyświetleń

Grzegorz Braun

20 sie 2026, 21:52 · nczas.com

Wywiad

Braun i Korwin-Mikke wspierają SOR. "Trzeba przywrócić normalność, oddać wolność i swobodę mieszkańcom" [VIDEO] - NCZAS.INFO

Twoja nazwa użytkownika Twoje hasło Zapomniałeś hasła? sprowadź pomoc Polityka prywatności Odzyskiwanie hasła Odzyskaj swoje hasło Twój e-mail Hasło zostanie wysłane e-mailem. Strona główna Wiadomości Polityka Braun i Korwin-Mikke wspierają SOR. "Trzeba przywrócić normalność, oddać wolność i swobodę... Wiadomości Polityka Braun i Korwin-Mikke wspierają SOR. „Trzeba przywrócić normalność, oddać wolność i swobodę mieszkańcom” [VIDEO] Autor: DC Facebook Twitter Email Wydrukować Copy URL NCZAS.INFO | Janusz Korwin-Mikke i Grzegorz Braun / fot. X / Konfederacja Korony Polskiej W centrum Warszawy odbyła się konferencja prasowa Konfederacji Korony Polskiej. Obecni byli na niej m.in. Grzegorz Braun i Janusz Korwin-Mikke. Ogłoszono, że ugrupowanie popiera i włącza się w Stołeczną Operację Referendalną (SOR). – Sprzeciwiamy się tym eurokomunistycznym, klimatystycznym rozwiązaniom. Sprzeciwiamy się ukrainizacji. Czas odzyskać polską przestrzeń publiczną, na czele ze stołeczną Warszawą – powiedział Grzegorz Braun. „Konfederacja @KoronyPolskiej włącza się do akcji SOR – Stołecznej Operacji Referendalnej. Braun i Korwin-Mikke w centrum Warszawy. W centrum Warszawy odbyła się dziś konferencja prasowa zachęcająca mieszkańców do składania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Prezydenta m. st. Warszawy Rafała Trzaskowskiego oraz Rady m. st. Warszawy” – poinformowano na oficjalnym profilu na X KKP. Marcin Kuśmierczyk stwierdził, że prezydent Trzaskowski „to regularny aferzysta”. – Co dnia wychodzi nowa afera. Ostatnia związana z kolegą partyjnym pana Rafała, panem Kacprzykiem, który był dyżurnym SOR-u w Szpitalu Południowym. Okazało się, że zarobił ponad 1,5 mln zł, a pan Rafał Trzaskowski wychodzi i publicznie oznajmia, że takiego stanowiska w ogóle nie było. Że on tam w ogóle nie powinien pracować. To jest w ogóle skandal i tak naprawdę jak najszybciej powinien zostać pogoniony – powiedział Kuśmierczyk. Dodał, że „jest wiele afer”, a „w całym rządzeniu przez tyle lat, łącznie z 'Czajkami’, wywozem śmieci i tak dalej, cały czas mamy jakieś nowe afery”. – Zachęcamy do składania podpisów pod referendum za odwołaniem prezydenta Warszawy i tak, okręg podwarszawski [KKP] jak najbardziej się włącza, aby umożliwić warszawiakom podpisanie się pod referendum – podsumował. Janusz Korwin-Mikke zauważył, że „jak lewica dorywała się gdzieś do władzy, to na ogół – najpierw byli bolszewicy – robili wiele hałasu, potem przychodzili staliniści i ich wyrezalii”. – Właśnie mamy taką sytuację, gdzie bolszewicy pana Trzaskowskiego rządzą jeszcze Warszawą, to już staliniści pana Tuska już siedzą na karku. Ale my z kolegą Braunem uważamy […], że dobry czerwony to martwy czerwony. I nie wdajemy się w subtelności, czy to czerwony, różowy czy coś takiego – mówił nestor polskiej prawicy wolnościowej. – Trzeba usunąć Trzaskowskiego, bo musimy jeździć normalnie samochodami. Jeździło się cały czas i było dobrze. Nie ma najmniejszego powodu, by zmieniać to, co jest dobrze. A bolszewicy nic innego nie robią, tylko chcą polepszyć to, co jest dobre. Pamiętajmy proszę państwa: Lepsze jest wrogiem dobrego. Wróćmy do normalności – podsumował Janusz Korwin-Mikke. Następnie głos zabrał Grzegorz Braun. – Szczęść Boże i ratuj się kto może, dopóki zdrowie, życie, mienie mieszkańców Warszawy jest wydane na łaskę i niełaskę Rafała „Planeta Płonie” Trzaskowskiego. Trzeba przywrócić normalność, trzeba oddać wolność i swobodę mieszkańcom Warszawy – mówił Braun. – Swobodę wyboru właśnie poprzez referendum – podkreślił. – Dziś ten, kto popiera Stołeczną Operację Referendalną korzysta ze swojego dobrego prawa do wymiany kadr, elit, urzędników. Trzaskowski na złom, na śmietnik historii. Do czego doprowadził, poza wylewem fekaliów do Wisły, poprzez aferę Czajki? Poza aferą Szpitala Południowego i nie tylko? No on przecież patronuje tej normie, która i śmieszna i straszna przedstawiona jest przez mądrość ludową w tym żarciku: Wsiada jegomość do taksówki i mówi „do szpitala”. Taksówkarz pyta „do którego?” „Wszystko jedno, bo w każdym mam dyżur”. Taka właśnie norma obowiązuje w Warszawie i temu patronuje – chciał czy nie chciał – prezydent Trzaskowski – kontynuował Grzegorz Braun. Poza tym lider KKP wymienił „absurdy klimatyzmu, doktryna klimatyczna, właśnie telegraficznie przedstawiona w tym akcie strzelistym klimatyzmu, który usłyszeliśmy z ust samego Rafała Trzaskowskiego: 'Planeta płonie'” – To owocuje tą obłędną operacją utrudniania ludziom normalnego życia. To owocuje rzecz jasna zawyżaniem cen energii, kosztów utrzymania. Ale owocuje też bezpośrednim atakiem na naszą wolność jako kierowców i – uwaga – pieszych. Owocuje atakiem na normalne warszawskie rodziny, które w „Strefie Czystego Transportu” – w grubym cudzysłowie oczywiście, bo to nie jest żadna Strefa Czystego Transportu, tylko Strefa Czystego Absurdu – w tej strefie normalni ludzie nie będą w stanie utrzymać swojego może wysłużonego, starego, ale jarego samochodu, bo będą zmuszeni do tego, żeby to auto zmienić. A nie zmienią, bo nie będzie ich na to stać – stwierdził Braun. – My sprzeciwiamy się tym eurokomunistycznym, klimatystycznym rozwiązaniom. Sprzeciwiamy się ukrainizacji. Czas odzyskać polską przestrzeń publiczną, na czele ze stołeczną Warszawą – podsumował Grzegorz Braun. Konfederacja @KoronyPolskiej włącza się do akcji SOR – Stołecznej Operacji Referendalnej. Braun i Korwin-Mikke w centrum Warszawy W centrum Warszawy odbyła się dziś konferencja prasowa zachęcająca mieszkańców do składania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania… pic.twitter.com/Qia5pU8VLl — Konfederacja Korony Polskiej (@KoronyPolskiej) August 20, 2026 Źródło: X / nczas.info Grzegorz Braun Janusz Korwin-Mikke marcin kuśmierczyk Rafał Trzaskowski referendum w warszawie stołeczna operacja referendalna Warszawa Facebook Twitter Email Wydrukować Copy URL Poprzedni artykuł Upada szpital w Miastku. Sommer: Zgadnijcie, ile osób w tej sprawie zatrzymano [VIDEO] Następny artykuł Niemcy szansą dla Ukraińców porwanych do armii. Co najmniej kilkudziesięciu zdezerterowało podczas szkolenia Tragiczny wypadek w Katowicach. Autobus miejski rozjechał pieszego na przejściu PiS, Konfederacja i Rozwój Plus na wspólnej liście? SONDAŻ nie pozostawia złudzeń Tony złota u wybrzeży Szkocji. Odnaleziono okręt należący do króla Karola I Stuarta Najnowsze Tragiczny wypadek w Katowicach. Autobus miejski rozjechał pieszego na przejściu Trump ogłosił nowe terytorium. „Postrzegam jako amerykańskie” „To kabaret. Nie stał nawet koło terrorysty”. W służbach złość po pokazowym zatrzymaniu 23-latka PiS, Konfederacja i Rozwój Plus na wspólnej liście? SONDAŻ nie pozostawia złudzeń Tony złota u wybrzeży Szkocji. Odnaleziono okręt należący do króla Karola I Stuarta Wydali międzynarodowy nakaz aresztowania Netanjahu. Wśród wielu zarzutów – ludobójstwo, porwania i tortury Bezczelność i cynizm ambasady Izraela. Zabójstwo Damiana Sobola to nie przestępstwo, tylko incydent Najazd imigrantów częścią większego planu. Maroko zgłasza roszczenia terytorialne wobec Hiszpanii Konfederacja @KoronyPolskiej włącza się do akcji SOR – Stołecznej Operacji Referendalnej. Braun i Korwin-Mikke w centrum Warszawy W centrum Warszawy odbyła się dziś konferencja prasowa zachęcająca mieszkańców do składania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania… pic.twitter.com/Qia5pU8VLl — Konfederacja Korony Polskiej (@KoronyPolskiej) August 20, 2026 Trzeba przywrócić normalność, oddać wolność i swobodę... Wiadomości Polityka Braun i Korwin-Mikke wspierają SOR. „Trzeba przywrócić normalność, oddać wolność i swobodę mieszkańcom Konfederacja @KoronyPolskiej włącza się do akcji SOR – Stołecznej Operacji Referendalnej. Braun i Korwin-Mikke w centrum Warszawy. W centrum Warszawy odbyła się dziś konferencja prasowa zachęcająca mieszkańców do składania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Prezydenta m. st. Warszawy Rafała Trzaskowskiego oraz Rady m. st. Warszawy w całym rządzeniu przez tyle lat, łącznie z 'Czajkami’, wywozem śmieci i tak dalej, cały czas mamy jakieś nowe afery jak lewica dorywała się gdzieś do władzy, to na ogół – najpierw byli bolszewicy – robili wiele hałasu, potem przychodzili staliniści i ich wyrezalii absurdy klimatyzmu, doktryna klimatyczna, właśnie telegraficznie przedstawiona w tym akcie strzelistym klimatyzmu, który usłyszeliśmy z ust samego Rafała Trzaskowskiego: 'Planeta płonie'

Sławomir Mentzen

@SlawomirMentzen

20 sie 2026, 12:03 · Oficjalny profil X @SlawomirMentzen

X

Markę Polski budują konsekwentnie od lat sami Polacy. To dzięki Polakom w Polsce jest czysto, bezpiecznie, ładnie i coraz nowocześniej. To Polacy budują gospodarkę, rozwijają firmy, tworzą dobrobyt. To Polacy promują naszą kuchnię, sztukę i sport. Wszystko co się w Polsce udało, jest zasługą Polaków. Rząd jedynie w tym przeszkadza. No i zatrudnia niekompetentnych urzędników, którzy za setki tysięcy złotych robią absurdalne raporty w AI. Dlatego podatki powinny być niskie i proste, żeby rząd nie miał pieniędzy na raporty stworzone w AI za 200 tysięcy złotych!

3201
192
78
64,5 tys. wyświetleń

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski o wyborze selekcjonera: dogmat nieomylności

Plan jest taki, by we wtorek objawił się nam nowy selekcjoner reprezentacji Polski. Objawił się w sensie dosłownym — mamy nie wiedzieć nic, dopóki nie wkroczy na salę i nie porazi nas swoim blaskiem. Lub nie zasmuci szarością. Reklama Widzę dwa potencjalne powody, by nazwisko selekcjonera trzymać w ścisłej tajemnicy do samego końca. Powody te mogą występować niezależnie od siebie lub mogą iść w parze. Oba jednak nie są powodem do zadowolenia. Reklama Krzysztof Stanowski o wyborze selekcjonera reprezentacji Polski Cezary Kulesza chce nakarmić swoje ego? Pierwszy: prezes PZPN Cezary Kulesza chce nakarmić swoje ego, pokazać, że trzyma wszystkie karty w ręku i to na tyle umiejętnie, że nikt tych kart nie może podejrzeć. Jest szefem, który tak ważną decyzję podejmie jednoosobowo lub w wąziuteńkim kręgu najbardziej zaufanych osób, bez jakichkolwiek szerszych konsultacji. Znamy to z przeszłości — pokusie epatowania posiadaniem wiedzy ekskluzywnej ulegali kolejni prezesi PZPN, a na sam szczyt w tym rankingu wybił się w pewnym momencie Zbigniew Boniek. Zgaduję, że to łechce, gdy wszyscy wokół proszą cię o podanie nazwiska, a ty udajesz, że nie możesz i z uśmiechem politowania obserwujesz z boku tę dość żałosną rywalizację o newsa. Tylko, że poza ulotną podnietą, takie sekrety nie mają żadnego sensownego zastosowania, a wręcz szkodzą. Być może gdyby Boniek rzucił w przestrzeń publiczną hasło „Paulo Sousa”, to odpowiednio wcześniej powstałyby wszystkie teksty o jego charakterze, braku lojalności i chciwości , które życie kazało napisać i opublikować później. Bez względu na to, komu i jak bardzo ufa prezes PZPN, pogłębiony research zawsze pomaga, aby podjąć maksymalnie świadomą decyzję — bo nie chodzi o to, by to media wybierały trenera, lecz o to, by prezes wybierając trenera miał pełnię wiedzy i mógł z niej skorzystać chociażby przy konstruowaniu kontraktu. A żadni pracownicy PZPN nie prześwietlą kandydata tak dokładnie, jak dziesiątki dziennikarzy i setki zajawkowiczów, mających czasami najbardziej dziwaczne piłkarskie zainteresowania. Reklama Trudny charakter. Rzecz o klęskach Paulo Sousy Reklama Tak jak w Kościele mamy dogmat o nieomylności papieża w sprawach wiary, tak prezesi PZPN co jakiś czas ulegają złudzeniu, że istnieje dogmat prezesa o nieomylności w sprawach wyboru selekcjonera. Chcą ten proces maksymalnie zawłaszczyć, co przecież nawet dla nich samych jest szkodliwe, bo na koniec przegrywają razem z trenerem, a porażka jest wpisana w polski futbol po wsze czasy. My dzisiaj nie tylko nie wiemy, kogo PZPN wybrał na selekcjonera. My nawet nie wiemy, kogo PZPN szukał. Nikt nie przedstawił wymagań, nikt nie przedstawił planu, do którego dobieramy fachowca. Nie wiemy nic na temat zakresu obowiązków oraz obszarów, w których nowy trener ma być najlepszy. Gdybyśmy znali odpowiedzi na te wszystkie pytania, być może gdzieś opinia publiczna (ktokolwiek) słusznie wytknąłby ryzyka związane z konkretnymi kandydatami. Reklama Stanowski: Jakie kryteria wyboru selekcjonera ma PZPN? I w ten sposób dochodzimy do drugiego powodu, dlaczego wszystko musi być takim sekretem. Być może my te wymagania stworzymy post factum, wiedząc już, kogo spontanicznie i bez namysłu wskazał palec prezesa. I podczas konferencji prasowej dorobimy teorię, że chcieliśmy kogoś, kto już prowadził inną reprezentację, lubi grać trójką w obronie, albo że szukaliśmy wysokiego blondyna, bo akurat ktoś taki będzie siedział obok. Ten drugi powód można potraktować szerzej: być może dlatego nie ujawniamy, kto będzie trenerem, bo się tego lekko wstydzimy i przewidujemy, że opinia publiczna nie będzie zachwycona. Zgaduję, że to z tego powodu Boniek do końca trzymał w tajemnicy zatrudnienie Brzęczka, a Kulesza – Michniewicza. Reklama Jednakże, jak już napisałem na wstępie, oba powody mogą występować wspólnie: miło jest dodać sobie kilka punktów do zajebistości i poczuć wyższość nad pismakami, a przy okazji rozsądnie jest nie narażać się na nieunikniony ostrzał zbyt wcześnie. Tak czy siak, należałoby się przyzwyczaić, że polskim futbolu wszystko ma być tajemnicą. Kiedy dojdziemy do etapu, że wyniki też będą tajemnicą, osiągniemy pełnię związkowego szczęścia. WIĘCEJ O REPREZENTACJI POLSKI: Reklama Dealmaker. Kim jest Hugo Cajuda, agent, który wcisnął Polakom Sousę? Petković selekcjonerem? „Miał wyniki i styl” Kto powinien być asystentem selekcjonera? KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski żegna Andrzeja Iwana

Mam problem z Twoją śmiercią, Andrzeju. W zasadzie z każdą mam problem, ale ta Twoja jest inna niż pozostałe i nie wiem, jak się za nią zabrać. Należałoby zapłakać, tak jesteśmy przecież nauczeni. Reklama Ale pamiętam też, jak obsesyjnie tej śmierci pragnąłeś, jak ją przywoływałeś, jak jej pomagałeś. I ty teraz, Skurczybyku, pewnie raczej oczekiwałbyś gratulacji. Jesteś tam, gdzie od lat chciałeś być. Reklama Wpuściłeś mnie w najgłębsze zakamarki swojej duszy, a jednak nigdy Cię w tej kwestii nie rozgryzłem. Byłeś najbardziej szczerą osobą, jaką w życiu poznałem i kiedy bez ogródek mówiłeś mi, że chcesz umrzeć, że o niczym tak bardzo nie marzysz, kiedy nawet ci powieka nie drgała, gdy o tym opowiadałeś, nie miałem żadnych argumentów, aby ci nie wierzyć. Z drugiej strony coś mi podpowiadało… No właśnie, że co? Że udajesz? Nie. Że wołasz o pomoc? Też nie. Nie umiem wyjaśnić własnych wątpliwości – zasługiwałeś na to, by Ci bezgranicznie wierzyć, bo ta Twoja szczerość była wręcz okrutna, ale instynkt podpowiadał, że to nie takie proste i że pali się w tobie jakaś iskierka, nad którą nie masz kontroli. Chciałeś umrzeć, a ilekroć próbowałeś, okazywało się, że Twój organizm jeszcze bardziej chce żyć. Siłowałeś się z samym sobą na wszystkich dosłownie frontach. Dlatego mam problem z Twoją śmiercią. Nie wiem, czy to czas na rozpacz, czy na westchnienie ulgi. Często mówi się, że ktoś przegrał walkę o życie, ale w Twoim przypadku takie stwierdzenie byłoby nonsensem. Walczyłeś o spokój, nie o życie. Cały byłeś złożony z kontrastów. – Krzysiek, dlaczego wszyscy mi pomagają? Przecież ja jestem złym człowiekiem – powiedziałeś mi kiedyś. Ale tylko ty sam uważałeś się za złego, a wszyscy wokół woleli dostrzegać pierwiastki dobra, którym potrafiłeś emanować. Byłeś i taki, i taki. Serdeczny, przyjacielski, gawędziarski, zaangażowany, rodzinny, kochający, ale też pogubiony i przez to pod wieloma względami straszny, bo alkoholowy i hazardowy nałóg sprowadzał na najbliższych piekło. Z jednej strony przegrałeś swoje życie, z drugiej wygrałeś szacunek tysięcy obcych ci ludzi, którzy obserwowali te zmagania człowieka do bólu prawdziwego. To niesamowity paradoks, że ktoś taki jak Ty dla wielu stał się wzorem, ale byłeś po prostu tym, który wypowiadał na głos myśli bardzo wielu osób. O tym, jak trudne może być życie. Jak wyniszczająca może być ta wędrówka. Ile bólu może urodzić się w zatrutej głowie. Co jakiś czas dostaję wiadomość, jak ważna jest książka „Spalony” dla alkoholików czy ludzi w depresji. Dziękuję, że mogłem ją napisać. Reklama I na koniec: nie, nie będę ci gratulować, nawet jeśli tego dzisiaj oczekujesz. Bo piszę te słowa i mam łzy w oczach. Jest pewien banał w nadużywanym stwierdzeniu, że „takich ludzi już nie ma”. Ale każdy kto cię znał, właśnie to powie – że takich ludzi już nie ma. Nie umarł ostatni z nich. Umarł jedyny w swoim rodzaju. Reklama * Poniżej zamieszczam Epilog książki „Spalony”, zamieszczony w drugim wydaniu. I dwa zdania wyjaśnienia: nie chcę, aby wszystko co napisałem powyżej i wszystko co zamieszczam poniżej wybrzmiało tak, że Andrzej Iwan popełnił samobójstwo, bo to chyba nieprawda, ale całkiem świadomie przez lata degradował swoje ciało i oczekiwał zakończenia. Uważam, że to co napisałem niespełna dwa lata temu w najlepszy sposób oddaje stan psycho-fizyczny Ajwena, a w dużej mierze oddaje też, jakim człowiekiem był w ostatnich latach swojego życia. Reklama EPILOG Reklama STYCZEŃ 2021 Pierwsze wydanie książki „Spalony” powstawało w 2011 roku, a do księgarni trafiło wiosną 2012. Odbiór był fenomenalny: do Andrzeja odzywali się ludzie ze wszystkich zakątków kraju i życzyli pomyślnej walki z demonami. Zdrówka, szczęścia, pieniędzy, miłości, wymarzonego domku na wsi. Było czuć prawdziwą troskę o człowieka, który wręcz obnażył się na kartach książki. Wiele osób w mrocznych historiach Iwana odnalazło swoją przeszłość, niektórym jego wspomnienia pomogły zrozumieć bliskich, którzy znaleźli się na zakręcie lub nawet z niego wypadli. Ilekroć ze mną ktoś o „Spalonym” rozmawiał, pojawiało się w końcu nacechowane nadzieją pytanie: „Andrzej poukładał wszystko? Dał radę?”. Reklama Nie, nie dał. Reklama Pieniądze zarobione na książce wprawdzie rzeczywiście starczyłyby na domek na wsi, ale Iwan żadnego domku nie kupił. Kupił za to wódkę. Bardzo dużo wódki. A diabeł dalej go odwiedza, siada na jego ramieniu i szepcze: „Zrób to. Skończ ze sobą”. I on to robi. Kończy. Umówiliśmy się, że w styczniu dopiszemy do „Spalonego” rozdział, dwa, albo i trzy. Zobaczymy, co da się wycisnąć z tych blisko dziesięciu lat, które nie zostały ujęte w pierwszym wydaniu. Jednak w dniu spotkania Andrzej nie odbierał telefonów. Byłem w Krakowie i nie mogłem uwierzyć, że mnie wystawił. Koło 14.00 wreszcie zadzwonił: Reklama – Krzysiek, przepraszam cię, ale nie wciskam ci żadnej lewizny. Musisz mi uwierzyć. Dopiero mnie wypuścili z kryminału. Przez całą noc nie mogłem do nikogo zadzwonić. Reklama – Z kryminału? – Żona nie wytrzymała. Nie dziwię się jej. 43 lata. Każdy miałby dość. Dzień później spotykamy się na Rynku w Krakowie. Mamy poszukać miejsca, w którym uda nam się porozmawiać, ale Andrzej napomyka, że nie działa mu telefon. Decyduję więc, że najpierw musimy iść do Galerii Krakowskiej, gdzie rozwiążemy ten problem. Tam, w na wpół zamkniętym centrum handlowym, siadamy na kanapie i zaczynamy rozmawiać. Reklama – To nie potrwa już długo, Krzysiek – mówi. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Krzysztof Stanowski: mamo, poczytaj mi bajkę o Igorze

Poza naprawdę nielicznymi wyjątkami, czyli poza osobami, które wyjątkowo zabryzgały sobie kartotekę w ten czy inny sposób, śmierć nadaje klasy. Nikt nie pisze, że żegnamy piosenkarza, którego i tak nikt nie słuchał, więc w sumie co za różnica, że już nie będzie rzępolił. Zawsze żegnamy kogoś wielkiego, niepodrabianego, w przypadku totalnych artystycznych wykolejeńców – niezrozumianego. To kwestia kultury i obyczajów. Natomiast czasami drażni przesada, w jaką popadamy w wypadku sportowców. Czy naprawdę w dobrym tonie jest się oszukiwać, a w złym tonie przemycać prawdę? I jak daleko jesteśmy w stanie zapędzić się w miłym kłamstwie? Reklama Napisał na Twitterze redaktor Radosław Nawrot, którego bardzo szanuję: „Jedna z dróg stojących przed Igorem Sypniewskim prowadziła do piłkarskiego genialności”. Wzniosłe słowa, brakuje tylko uszczegółowienia, gdzie zaczyna się ta piłkarska genialność, a gdzie kończy się po prostu solidna gra w piłkę, bo i tej drogi Sypniewski nie wybrał. Wpis Radka to tylko przykład, na który natrafiłem, ale wiem, że cały internet zalały peany na temat potencjału, jakim dysponował ów zawodnik i tego, gdzie mógł grać, gdyby… Reklama GDYBY! Problem w tym, że cała kariera Sypniewskiego to jedno wielkie „gdyby”, tak wielkie, że aż groteskowe. Gdyby całe to wielkie „gdyby” złożyć w jedno potężne „na pewno”, to Ryan Giggs ze swoją lewą nogą byłby ledwie ciekawostką. „Gdyby” ma to do siebie, że można je nadmuchiwać bez końca, bo jest nieweryfikowalne. W zasadzie można byłoby takie „gdyby” postawić przy dowolnym niemowlaku i rozpisać mu świetlaną przyszłość, zahaczającą i o Nobla, i o Złotą Piłkę, a może – co się jeszcze nie zdarzyło, ale kto wie – jedno i drugie. – Gdyby mój syn chodził na treningi, to pobiłby rekord transferowy ekstraklasy, taką ma smykałkę. – A dlaczego nie chodzi? – Bo woli Playstation. Reklama – A tamten dlaczego nie zrobił kariery? – Bo wolał wódę. Reklama Śmieszne, a to w sumie to samo. Ot, inny etap. „Gdyby” bywa gargantuiczne, a szczególnych rozmiarów „gdyby” stawiamy przy pijakach. Nie słyszałem jeszcze o pijaku, o którym ktoś mówi z rezerwą: – No, gdyby nie alkohol, to może i utrzymałby się przez pięć sezonów w ekstraklasie, bo miał zadatki na solidnego przeciętniaka… Pijacy zawsze są stworzeni do wielkich rzeczy, które z jakichś przyczyn im umykają. Pijak, gdyby nie pił, pokonałby wszystkich, no ale że pił, to nikogo. Pamiętam Igora Sypniewskiego, poznałem go, taki miły, zagubiony facet. Strzelił nawet pięć goli w ekstraklasie, czyli mniej niż Szymon Włodarczyk w tym sezonie (który to sezon jest w połowie, a sam Szymon na starcie kariery). Strzelił też trochę goli w Szwecji, ale nie za dużo, no i w Grecji, ale też nie za dużo. Ach, zagrał też dwa razy w reprezentacji Polski, czyli tyle razy co Mateusz Zachara, ale gola nie strzelił (też jak Zachara). Nie chodzi mi o to, by deprecjonować Igora, bo i po co, fakty mówią za siebie, ale by gdzieś znaleźć prawdziwą skalę. Skalę, która nie obraża zdrowego rozsądku. Czy Igor Sypniewski umiał grać w piłkę? Jakoś tak umiał, ale nie nadzwyczajnie. Historię futbolu napisali wielcy pijacy, czy to na świecie – jak George Best, czy to w Polsce – jak Ernest Pohl. Ale z jakiegoś powodu Sypniewski jej nie napisał, nawet nie nabazgrał jednego rozdziału. Można teraz wymyślić jakieś dziwaczne „gdyby” i stworzyć teorię, że mógłby napisać, ale to naprawdę bez sensu. Ani z niego Best, ani Pohl, ani Gascoigne czy Adriano, w porywach Dawid Janczyk. Koniec końców Sypniewski był rozczarowującym zawodnikiem, który kilka razy błysnął i po tych błyskach obiecywano sobie sporo, ale nic nie zostało dowiezione. Były takich setki, ale że tamci nie pili, to po prostu mówiło się: no, meteoryt, przeleciał i zniknął, za dużo sobie obiecywaliśmy, wcale nie był taki dobry. Ale jeśli ktoś pił to ohoho, tylko alkohol go wyhamował, na pewno by się nie zatrzymał. Reklama Ha, Dawid Jarka po strzeleniu czterech goli Polonii Bytom powinien był się rozpić, to wtedy byłby legendą, a nie meteorytem. Reklama Jest wielu zawodników, którzy z pełnym profesjonalizmem podchodzą do każdego treningu, ale brakuje im – nazwijmy to – luzu w nogach. No i są tacy z luzem w nogach, ale i sianem w głowie. Do wielkiej kariery wskazane są i głowa, i nogi. A jednak z jakiegoś powodu nie słychać westchnień: – Och, szkoda, że jest taki słaby technicznie, bo głowę ma na wielki sport… Nie wpadłem na nikogo, kto by powiedział: – Michał Kopczyński ma tak super mental, że gdyby nie brak talentu, grałby w Realu. Celowo przesadzam, bo przejadła mi się gloryfikacja pijaństwa (ho, kto to mówi!), zwłaszcza gdy dochodzi do rozmiarów tak absurdalnych, jak w przypadku Sypniewskiego, którego dobre mecze przez całe życie można policzyć na palcach jednej ręki. Piotr Piotrowicz, którego obserwuję na Twitterze i który zarzuca nas informacjami o szwedzkim futbolu, napisał dzisiaj, że gdyby nie przepisy (no tak!), to w reprezentacji Szwecji byłby atak Ibrahimović – Sypniewski. Załóżmy, że miałoby się do wydarzyć w 2003 roku, bo to jedyny w miarę udany rok „Sypka” w Szwecji, ale jest pewien problem: taki atak mógłby mieć miejsce, gdyby nigdy nie urodził się Henrik Larsson (44 gole we wszystkich rozgrywkach w sezonie 2002/03 dla Celtiku) i pewnie z ośmiu innych napastników. W tamtym 2003 roku Sypniewski zdobył swoje rekordowe 10 goli dla Halmstadt. Jego klub zajął marne dziewiąte miejsce (na czternaście), a on sam w klasyfikacji strzelców oglądał plecy nie tylko Niklasa Skooga (22 gole, napastnik, 9 meczów w reprezentacji Szwecji), ale też plecy pomocników „Trzech Koron”, takich jak Kim Kallstrom czy Kennedy Bakircioglu, no i kilku innych, zupełnie anonimowych zawodników. Ale gdy umiera człowiek, rodzą się legendy. „Szwecja nigdy nie zapomni o Sypniewskim” – to też dzisiaj przeczytałem. Szwecja przypomniała sobie dzisiaj, że istniał, a jutro będzie miała inne tematy. Przepraszam za dosadność. Wielu uzna, że za cały ten tekst powinienem przeprosić. Reklama Niemniej ja myślę, że warto być uczciwym nie tylko wobec żywych, ale wobec zmarłych też. Wystarczająco długo żyli w świecie urojeń. Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski o Messim, Barcelonie, PSG i jedynym meczu...

Wszystko poszło źle. W zasadzie: najgorzej jak mogło. Reklama Jeśli prawdą jest, że aby doszło do katastrofy lotniczej, musi zostać popełnionych jednocześnie kilka błędów, to w tym wypadku liczbę błędów można było liczyć w setkach, zaczynając od największego: nie leciał z nami pilot. Przyznajcie sami, że jest to jedno z większych niedopatrzeń, jakie można sobie wyobrazić. Reklama Nie należy pisać, że FC Barcelona była zarządzana źle, nieodpowiedzialnie czy też nieporadnie. To znaczy – można, nawet trzeba – ale to jednak byłoby niedopowiedzenie tak wielkie, jakby stwierdzić, że Bellucci jest dość ładna, Hitler raczej bywał nieprzyjemny, a Ozzy Osbourne kontrowersyjny. Gdyby szukać słów adekwatnych, należałoby raczej stwierdzić, że zarządzanie FC Barceloną przypominało operację na otwartym sercu prowadzoną za pomocą zardzewiałych narzędzi ogrodowych przez pijanego w sztok dyletanta. „To się może nie udać” – roznosił się szmer wśród gapiów. Zamiast krzyczeć, wzywać pomoc, bić na alarm, mruczeli: „To się może nie udać”. I wiecie co? Nie udało się. Reklama * Reklama Widziałem w piłce prawie wszystko, co chciałem widzieć. Oglądałem z trybun finał mistrzostw świata, finał mistrzostw Europy, finał Ligi Mistrzów (i zwycięstwo ulubionej drużyny w nim). Oglądałem setki meczów, także tych z udziałem najlepszych drużyn i najlepszych piłkarzy. Aż mi to wszystko spowszedniało. Miałem w głowie zaledwie jeden mecz, na jakim chciałem być za wszelką cenę. Jeden mecz, na który kupiłbym u konika bilet za każdą, nawet astronomiczną stawkę. Tylko jeden. Pożegnanie Leo Messiego w Barcelonie. Czasami lubiłem wrócić do filmu z pożegnaniem Guardioli i wtedy zawsze nachodziła mnie myśl: fantastyczne, ale dopiero ostatni mecz Messiego będzie najbardziej poruszającym wydarzeniem sportowym za mojego życia. Poruszającym mnie, rzecz jasna – bo ty, drogi czytelniku, możesz czuć się poruszony czymkolwiek innym, nic mi do tego. Miałem wrażenie, że wyjdę wówczas z Camp Nou w tłumie wzruszonych osób i poczuję, że zamknąłem pewien etap życia. Będę oglądał piłkę dalej, ale już nie tak pożądliwie. Nie wiem, ile razy widziałem Leo Messiego na żywo – na pewno kilkadziesiąt. Nie wiem, ile jego bramek miałem okazję zobaczyć – niewykluczone, że nawet więcej niż meczów. Po raz pierwszy obserwowałem go chyba w 2006 roku, gdy wszedł na boisko na kwadrans w meczu Argentyna – Serbia i nawet strzelił gola, którego niestety w ogóle nie pamiętam (w przeciwieństwie do trafienia Cambiasso). Ale wiele późniejszych goli mam przed oczami do dzisiaj. Krzyczałem „Meeeeeessiiii” z resztą ludzi na Camp Nou, skakałem jak poparzony na Santiago Bernabeu po trafieniu w ostatniej sekundzie, ale też szedłem po meczu z Benfiką w kompletnej ciszy wśród fanów, którzy zastanawiali się, czy odwieziony do szpitala karetką Argentyńczyk naprawdę zerwał więzadła i będzie miesiącami pauzował. Dał mi Leo Messi coś, czego z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie był w stanie mi dać już żaden inny piłkarz: przywrócił dziecięcy sposób myślenia o futbolu i dziecięcy sposób konsumowania futbolu. Dzięki niemu byłem po prostu Krzysiem, który cały rozpalony idzie na mecz. Nie po to, by napić się drinka z prezesem, nie po to, by zjeść sushi w towarzystwie byłego reprezentanta kraju, ale po to, by usiąść na brudnym krzesełku i epatować się każdym kontaktem z piłką, każdym dryblingiem, każdym uderzeniem. Ale wszystko, naprawdę wszystko poszło źle. Reklama Najpierw FC Barcelona zaczęła zatrudniać trenerów, których – łagodnie mówiąc – można było kwestionować – jak Tata Martino, Ernesto Valverde czy Quique Setien. Później sprowadzano piłkarzy, na których patrzenie sprawiało niemalże fizyczny ból. Wydawano krocie na odprawy dla słabych szkoleniowców, a jeszcze więcej topiono w fatalnych (lub też po prostu fatalnie grających w Barcelonie) zawodnikach – jak Douglas, Gomes, Song, Sanchez, Mina, Alcacer, Malcom, Turan, Semedo, Firpo, Digne, Todibo, Coutinho, Pjanić, Dembele i wielu, wielu innych. Obserwowanie meczów Barcy coraz częściej było analizowaniem walki Messiego – otoczonego kilkoma wyszkolonymi odpowiednio kumplami – z rywalami i pokracznymi kolegami, z jakiegoś nieznanego powodu ubranymi w takie same stroje. Frustrującym było patrzeć, jak nieporadni działacze Barcelony marnują najlepsze lata piłkarzowi wszech czasów. Być może z tego powodu nie jestem ostatnimi wydarzeniami zdruzgotany, a jedynie trochę przybity – uważam bowiem, że Messi zasługuje na uczestnictwo w projektach prowadzonych profesjonalnie. Ale o tym za moment… Reklama Rok temu sfrustrowany Messi chciał odejść – lecz Barcelona oszukała go. W tym roku Messi chciał zostać – lecz Barcelona oszukała go ponownie. To jest coś, co zaakceptować mi najtrudniej. Joan Laporta, który szedł do wyborów tak naprawdę z jednym mocnym hasłem („Sprawię, że Messi zostanie w Barcelonie”) i któremu socios uwierzyli, że z racji na wspólną historię on rzeczywiście da radę Messiego przekonać do zmiany zdania, okazał się – no niestety, taka prawda – kolejnym oszustem na stanowisku prezydenta. Bazując na chwytliwym hasełku władzę przejął, ale od realizacji hasła wyborczego odstąpił i to w sposób haniebny: oszukując największą legendę klubu, mamiąc gotowym do podpisania kontraktem. Gdybym był naiwnym idealistą, napisałbym, że wybory należałoby w takim razie powtórzyć – i wówczas Laporta mógłby ujawnić, czy ma jeszcze jakiekolwiek mocne hasła, skoro od realizacji tego najważniejszego odstąpił. Póki co swoją funkcję wyłudził. Reklama Naprawdę wszystko poszło źle. Reklama Źli trenerzy, złe transfery, źli prezydenci, źli dyrektorzy sportowy, a na dokładkę pandemia. „Najpierw nie mieliśmy szczęścia, a potem dodatkowo dopadł nas pech”. I Messi oszukany dwukrotnie w ciągu roku. Płaczący na konferencji, próbujący wykrztusić z siebie jakiekolwiek zdania. Łkający, że nie chciał odchodzić. Najbardziej druzgocące pożegnanie legendy, jakie kiedykolwiek widziałem. Bo przecież nie tylko FC Barcelona była jego klubem, ale Barcelona była jego miastem. Pozwolę sobie wręcz napisać, że historię stolicy Katalonii pisał genialny artysta Antoni Gaudi, ale jej teraźniejszość genialny sportowiec Lionel Messi. Obaj w równym stopniu zapełniali ją turystami i obaj w równym stopniu dawali jej element niepowtarzalności. Ten mecz – ostatni mecz na Camp Nou – kiedyś się pewnie odbędzie. I będę chciał na nim być. Ale to nie będzie już taki mecz, jakim być powinien. Bartomeu i Laporta zapaskudzili tę historię, splamili. Zwinęli ją w kulkę i wyrzucili do śmieci. * Reklama Każdy kibic Barcelony dobrze życzy Messiemu. I to jest niewielki plus całej tej zawieruchy: będzie miło widzieć Leo w potencjalnie zwycięskim projekcie (Barca nawet potencjalnie takiego zwycięskiego projektu nie tworzy) i będzie miło widzieć Messiego szczęśliwego, o ile on to szczęście odnajdzie. Tercet Neymar – Messi – Mbappe na dziś wydaje mi się słabszy niż Neymar – Suarez – Messi, ale wyłącznie z uwagi na chyba lepsze dopasowanie tej drugiej trójki do realizacji zadań. Niemniej może się też okazać, że to jednak w Paryżu będziemy mieli okazję podziwiać najbardziej niezwykłe ofensywne trio w historii futbolu. Bo gdyby każdego z tych zawodników rozpatrywać osobno, to tak: takiego trio jeszcze nikt nigdy nie zmontował. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski podsumowuje Euro i Paulo Sousę

Z uwagi na dość sporą grupę ludzi, którzy albo mają kłopoty ze zrozumieniem dłuższych tekstów, albo im się dłuższych tekstów nie chce w ogóle czytać, więc zadowalają się tytułem i zdjęciem, na wstępie napiszę: Paulo Sousa powinien zostać. Reklama Można sobie wracać do tego zdania co jakiś czas, dla utrwalenia i za każdym razem, gdy przez głowę przejdzie myśl: „no nie, a ten go chce zwalniać!”. Nie chcę. Zapraszam na kilka akapitów o tym, jak widziałem to pod każdym względem nieszczęsne Euro. Reklama Przed mistrzostwami, w ich trakcie, a także po mistrzostwach (czyli dzisiaj) powtarzałem to samo – w czym żadna oczywiście moja wielka zasługa, bo powtarzałem banały i rzeczy oczywiste dla każdego, kto na moment wyłączy emocje. Mianowicie powtarzałem, że pojechaliśmy na ten turniej mając drużynę w proszku. Z chaosu może coś się urodzić, ale niestety zazwyczaj się nie rodzi nic (poza bałaganem). Pierwszy raz za mojego życia pojechaliśmy na turniej z trenerem, który – to już moja obserwacja, być może mylna – nie wiedział do końca, czego po którym piłkarzu może się spodziewać, który uczy się tej drużyny i który nie zdołał wypracować czegokolwiek solidnego. Tak niegotowi, jak w 2021 roku, to nie byliśmy nigdy. Była to wprost konsekwencja zatrudnienia, a potem trwania Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera. Wtedy zaczął tykać zegar. I gdy wszyscy widzieliśmy, że eksperyment z Brzęczkiem – bo to był eksperyment totalny – nie wypalił, Zbigniew Boniek patrzył beztrosko na tykający zegar i nic z tym nie robił. Ruch został wykonany dopiero za pięć dwunasta. Uwikłaliśmy się w trzyletni romans z trenerem, który zwyczajnie nie pasował. Reklama Nie wiem, w jakim miejscu byłaby polska kadra, gdyby Paulo Sousa objął ją trzy lata temu, czy chociaż rok temu. Jestem daleki od gloryfikowania portugalskiego szkoleniowca, potrafię sobie nawet wyobrazić, że w ogóle nie awansowalibyśmy na mistrzostwa Europy – no, nie trzeba do tego wielkiej wyobraźni, skoro do tej pory za jego kadencji wygraliśmy tylko z Andorą. Ale wiem, że dzisiaj nie ma sensu go zwalniać, bo wywracanie wszystkiego do góry nogami co pół roku nie jest żadnym pomysłem na rozwój. Skoro zaczął, to niech pracuje – i tak nie mamy na oku nikogo, o kim moglibyśmy na sto procent powiedzieć, że będzie lepszy. I wypada też życzliwie założyć, że etap chaosu już powoli się kończy, bo kiedyś się przecież skończyć musi. Reklama Ale zdumiewa mnie czołobitność, z jaką niektórzy do kadencji Sousy podchodzą. Czy on może w przyszłości zrobić coś dobrego? Pewnie tak. Wydaje się inteligentnym człowiekiem, piłkarze w niego wierzą – to już jakiś punkt wyjścia, bo w Brzęczka nie wierzyli. A czy do tej pory zrobił coś dobrego? Nie zauważyłem. „Przynajmniej ma jakiś pomysł” To dość częsty komentarz dotyczący Paulo Sousy. Przynajmniej ma jakiś pomysł! Pomysłów można mieć sto na godzinę, ale najważniejsze jest to, czy się je z powodzeniem wprowadza w życie. Pomysł Paulo Sousy – ten głoszony w wywiadach czy na konferencjach – to generalnie stek banałów, ale miłych dla uszu. Czy Polacy chcą drużyny ładnie grającej w piłkę? Tak, no to grajmy ładnie w piłkę! Czy Polacy chcą drużyny, która się tylko broni? Nie, no to nie brońmy się cały czas, atakujmy! Czy Polacy chcą, by ich drużyna posiadała piłkę, zamiast na nią patrzeć? Tak, a więc posiadajmy! Bądźmy bogaci. Bądźmy piękni. Bądźmy zdrowi. Reklama To jest mój program polityczny. Reklama Miałbym identyczny pomysł na kadrę – chciałbym, żeby grała ładnie. Tylko nie jestem pewny, czy za sam pomysł by mnie chwalono. Przed meczem ze Szwecją popularne były memy z Sousą, który pokazywał piłkarzom – jak dzieciom – że już nie gramy „lagi na Robercika”. Po meczu nie są już tak często wrzucane, bo tak się dziwnie składa, że graliśmy „lagę na Robercika”. 49 dośrodkowań w pole karne – za aprobatą szkoleniowca – to być może będzie rekord tego turnieju. Problem w tym, że sami Szwedzi po meczu powiedzieli, że w takiej grze czują się najbardziej komfortowo – chcą, żeby przeciwnik był przed nimi, obok nich (na skrzydłach), ale nie chcą, by grał w piłkę między nimi. I w zasadzie było to już wiadomo przed meczem, ba – było to wiadomo w momencie, gdy ich wylosowaliśmy. Dlatego z tymi pomysłami i ich oceną – spokojnie. Bo co innego słyszałem przed meczem, co innego widziałem w meczu, a efekt finalny – tragedia. Szwedzi zagrali z nami mecz na własnych zasadach. Może i Sousa ma jakiś pomysł, pewnie ma – dziwne, żeby żadnego nie miał. Być może to jest nawet dobry pomysł, ale póki co idzie mu druzgocąco źle. Nie weszliśmy dobrze w eliminacje mistrzostw świata i skompromitowaliśmy się w finałach mistrzostw Europy. Zagraliśmy pod każdym względem żałosny mecz ze Słowacją, zagraliśmy trochę szczęśliwy, ale energiczny i bojowy mecz z Hiszpanią oraz głupi, „wrzutkowy” mecz ze Szwecją. Kończymy na ostatnim miejscu w grupie, z dość haniebnym jednopunktowym dorobkiem. Przypomnę w tym momencie, że zatrudniliśmy Sousę dlatego, że zwątpiliśmy w to, że Brzęczek na Euro jest w stanie osiągnąć cokolwiek znaczącego i chcieliśmy wykupić los na loterii, zwiększyć szanse. Powtarzaliśmy, że celem minimum jest wyjście z grupy i apetyty sięgały dalej, a skończyło się sportową katastrofą. Zakładaliśmy, że Brzęczek na Słowację wystarczy, na wyjście z grupy pewnie też, ale nasze apetyty były większe. Chcieliśmy rzucić wyzwanie nie słabiakom, nie średniakom, ale też tym większym. Mimo szczerych chęci, nie jestem w stanie dostrzec niczego pozytywnego, co do tej pory zrobił Sousa. Jestem w stanie dostrzec pozytywne rzeczy, które dopiero mogą nadejść pod jego wodzą. I to jest chyba ważne rozgraniczenie, o którym wiele osób zapomina. Można uczniowi w szkole wystawić dwójkę na półrocze, ale jednocześnie mówić: chłopcze, próbuj dalej, bo widzę, że masz możliwości, masz talent, by opanować ten materiał i na koniec roku mieć wyższą ocenę. Tak właśnie postrzegam tego szkoleniowca dziś. Reklama Bo co tak naprawdę zmieniło się w polskiej kadrze? Patrząc z boku, ta drużyna jest dziś mocniejsza mentalnie niż była za Brzęczka. Jest w niej więcej ducha, życia, zadziorności. To akurat mogłoby wypływać z samych zawodników i rangi turnieju, ale zakładam, że trener też miał znaczący wpływ. I super, po niemrawym Jerzym potrzebny był tak impuls. Ale co się zmieniło pod względem trenerskim? Zawsze słyszałem, że drużynę buduje się od obrony i że wielkie turnieje wygrywa się obroną, a tymczasem my – jako zespół – w defensywie nie istniejemy. Na Euro 2016 straciliśmy dwa gole w pięciu meczach (a nie sześć goli w trzech), bo drużyna była zdyscyplinowana i wiedziała, że jak przeciwnik atakuje, to minimum ośmiu zawodników ma być za linią piłki. Tam były żelazne zasady i to nie tylko opowiedziane w szatni, ale wdrożone na boisku. Ja może jestem dziwny, ale nie mam poczucia obciachu, gdy widzę drużynę, która wie jak bronić. Ale mam od kilku dni wrażenie, że wielu kibiców jest dziś na etapie, że na boisku „ma się dziać”. Czasami dobrze, jak się nie dzieje. Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Stanowski po meczu: wszystko na opak

No i mamy klops, na jaki bardzo ciężko zapracowaliśmy. Reklama Zmieniając trenera za późno i nie dając nowemu czasu. Zmieniając trenera na takiego, który nawet nie uznał za stosowne przeprowadzić się do Polski i oglądać tu meczów, co uważam za brak szacunku do tej zaszczytnej i intratnej posady (i pisałbym to samo, nawet gdyby to była liga maltańska – są pewne zasady). Ale nie o szacunek chodzi, ale o elementarne zaangażowanie, którego zabrakło. Kiedy o tym mówiłem kilka miesięcy temu, uważano, że się czepiam. Tak, czepiam się podstawowych spraw. Czepiam się, jak ktoś nie spuści wody w toalecie i czepiam się, jak ktoś nie przychodzi do pracy. Wreszcie pojechaliśmy na turniej, mając drużynę porozkładaną jak klocki lego świeżo po wyjęciu z pudełka. A że zawieruszyła się gdzieś instrukcja obsługi, to trener zaczął kombinować – tego tu, tamtego tam, albo odwrotnie, albo jeszcze inaczej, albo dawaj jakiegoś, którego jeszcze nie widziałem. Albo rozłóżmy wszystko i spróbujmy od początku, tylko odwrotnie. Zbigniew Boniek dał Paulo Sousie bardzo mało czasu, a ten zamiast stracony czas spróbować nadrobić, to zaczął go beztrosko trwonić, miotając się między jedną koncepcją a drugą (taktyka, liczba napastników) i między jednymi wyborami personalnymi a innymi. Jak to ładnie ujął Bogusław Kaczmarek: „nie da się zagrać spektaklu bez próby generalnej”. Gdyby polski szkoleniowiec wprowadził taki chaos, to jedyne pytania, na jakie by odpowiadał, dotyczyłyby dymisji. Nie potrafię znaleźć ani jednego elementu, w którym Portugalczyk pomógłby temu zespołowi i tym piłkarzom. Ani jednego. Cały nasz optymizm przed turniejem opierał się na tym, że Słowacja jest słaba. Okazało się, że nie aż tak słaba, by przegrać z nieposkładaną w żaden sposób Polską. Jedynie Andora była wystarczająco słaba. Węgry nie, Islandia nie, Słowacja też nie. Andora. I nie o to chodzi, że porażka jest winą Sousy. Chodzi o to, że jest także winą Sousy. On miał zminimalizować ryzyko przegranej, a tymczasem to ryzyko spotęgował. Da się wygrać bez trenera, da się też wygrać wbrew trenerowi. Ale w idealnym świecie selekcjoner dodaje coś ekstra. Tutaj niczego ekstra nie dostrzegam, wręcz przeciwnie. Dostrzegam bęben maszyny losujące, który wskazuje powołania, taktykę i podstawowy skład. Nie, nie będę teraz pisał, że zwolnienie Jerzego Brzęczka było błędem, bo nie było. Ale po pierwsze należało dokonać go zdecydowanie wcześniej, a po drugie – należało zatrudnić trenera, który miałby świadomość czasu. Który by wiedział – bo na przykład miał to okazję kiedyś przeżyć – jak przygotować zespół narodowy, mając zaledwie pięć spotkań do dyspozycji. I dodatkowo poinstruować go, że ta praca to także konkretne wymagania – nie można być selekcjonerem z home office, mieszczącego się kilka tysięcy kilometrów dalej. Nająłeś się do tej roboty, to tu przyleć – zacznijmy od absolutnych podstaw, jak od mycia rąk. Dyskutuj z ludźmi, spotykaj się, obserwuj, reprezentuj, wyciągaj wnioski. A więc może – tak dziś sądzę – nie ten moment i nie ten człowiek. Reklama Ktoś powie: mecz zawalił Krychowiak. Zgodzę się. Ale zanim Krychowiak zawalił mecz, to graliśmy kilkadziesiąt minut bez celnego strzału (co Jan Bednarek nazwał „kontrolą spotkania” – strach pomyśleć, jak by to wyglądało, gdybyśmy nie mieli kontroli). Ponadto zanim nam zawalił mecz, to grał na tyle beznadziejnie, że można było go zdjąć z boiska. Ale można też było polecieć do Rosji, porozmawiać z jego trenerem, pooglądać tam treningi – i zastanowić się, czy nie powinien grać na takiej pozycji, jak w klubie. Jednym słowem: popracować. Teraz nikt nie będzie się czepiał Linettego, bo strzelił gola, ale trudno mi nie odnieść wrażenia, że zagrał na pozycji, która była wymarzona dla Sebastiana Szymańskiego, mającego za sobą świetny sezon. Ale żeby to wiedzieć, należało – no właśnie – polecieć do Rosji, porozmawiać z jego trenerem, pooglądać tam treningi – i zastanowić się, czy nie powinien grać na takiej pozycji jak w klubie. Jednym słowem: popracować. Moim zdaniem mamy za sobą okres zaniedbań, przykrytych ładną angielszczyzną, która w Polsce rozczula najtwardszych. Reklama Ale fakty są takie: na dziś jesteśmy jedną nogą poza Euro i jedną nogą poza mistrzostwami świata. Nie zbudowaliśmy niczego i nie osiągnęliśmy niczego. Żeby za kilka dni nie okazało się, że Mister Thank You powinien podziękować jeszcze raz, ale już nie za pytanie… Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] Euro 2020 Krzysztof Stanowski Paulo Sousa reprezentacja Polski Autorzy Wczytaj wszystkich autorów

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Nie spotkało mnie w piłce nic bardziej elektryzującego niż oglądanie Leo Messiego na żywo. Nie zliczę, ile jego bramek zobaczyłem, nie mam zielonego pojęcia, ile razy podrywał mnie z miejsca. A jako że widziałem w zasadzie wszystkie „normalne” mecze, jakie chciałem zobaczyć – finały mistrzostw świata czy Europy, finały Ligi Mistrzów, europejskie klasyki – to miałem już tylko jedno marzenie tego rodzaju: zobaczyć pożegnalny mecz Messiego na Camp Nou. Wszystkie inne spotkania to ta sama historia opowiada po raz kolejny, przez innych zawodników, w innych strojach, podobne banalne akcje, zwyczajne strzały. Przyznam szczerze: znudziło mnie to. Został mi do zaliczenia tylko ten jeden, jedyny mecz, który traktowałem jako „must watch” – pożegnalny. Mecz kończący historię idealną. Historię chłopca, któremu klub pomaga stać się mężczyzną i mężczyzny, który klubowi pozwala stać się arcyklubem. Mecz kończący być może także jakiś etap mojego życia: szalonej futbolowej pasji. Reklama Zastanawiałem się, ile będą kosztować bilety. Ilu będzie chętnych? Jaką to spotkanie będzie miało widownię na całym świecie? Teraz okazuje się, że takiego meczu może nie być. Że raczej go nie będzie. Że ta historia zostanie utopiona w toksynach wylewających się z gabinetów działaczy. Reklama Czy dziwię się Messiemu, że chce odejść? Nie. Popierałbym go, gdyby chciał zostać i popierałbym, gdyby chciał odejść. Mianowicie chciałbym tylko widzieć go szczęśliwego i cieszącego się grą. On sam wie, co czuje. Jeśli uznał, że już nie ma na to szans na Camp Nou, to trzeba szukać innych rozwiązań. Życie jest za krótkie, by tkwić w związkach wyłącznie z przyzwyczajenia. Życie jest też za krótkie, by robić za Syzyfa i jeszcze zbierać za to po głowie. Projekt sportowy FC Barcelony runął i jeśli widzi to każdy z zewnątrz, to tak samo widzi to każdy od wewnątrz. Polityka transferowa, która nie ma najmniejszego sensu i trenerzy z przypadku – z nowym na czele, który Luisa Suareza (trzeciego strzelca w historii klubu, zdobywcę większej liczby goli niż legendarni Laszlo Kubala i Josepa Samitiera) pożegnał minutową rozmową przez telefon. Prezes, który z roku na rok prowadzi klub w sposób wzbudzający niedowierzanie. Atmosfera pełna duszności i pretensji. Nikt nie ma prawa traktować Lionela Messiego jako niewolnika jego własnej lojalności. Jak nikt inny, może powiedzieć: mam dość. Nie wiadomo, jak to zamieszanie się zakończy. Być może koniec będzie jeszcze bardziej żałosny, niż mogliby się spodziewać nawet najwięksi antagoniści zarządu Barcy – to znaczy dojdzie do sporu prawnego pomiędzy prezesem Barcelony i największą legendą tego klubu. Sporu o to, czy Messi mógł wymówić umowę i sporu, który – znając życie – Barcelona przegra. A może dojdzie do gabinetowej rewolty i próby ocalenia Argentyńczyka dla Katalonii? Próby, nawet jeśli rewolta się powiedzie, zapewne nieskutecznej, bo nie wierzę, że Messi chce podłożyć bombę w gabinetach. Sądzę, że on po prostu chce spędzić ostatnie trzy, cztery albo pięć lat kariery na graniu w piłkę, a nie odgruzowywaniu klubu (zwłaszcza, że ma pełne prawo nie wierzyć, że odgruzowanie się uda). Nie wydaje mi się, żeby za dzisiejszymi doniesieniami stała polityka, taktyka i kalkulacja. Zarząd Barcy doprowadził do niemożliwego: do momentu, w którym faktycznie Messi podejmuje próbę ucieczki. Reklama Władze Barcelony tego oczywiście nie przetrwają – socios zetną głowy w marcowych wyborach. Wtedy już Lionel Messi będzie – mam nadzieję – szczęśliwy, ale – no niestety – w innym miejscu. Co oznacza, że w weekendy będę miał jeszcze mniej czasu, bo oprócz obowiązkowego oglądania meczów Barcy – pewnie meczów pełnych przygnębienia i nostalgii – dojdzie obowiązkowe oglądanie argentyńskiego wirtuoza. Reklama Kiedy Pep Guardiola odchodził z Barcelony, z głośników poleciała piękna pieśń Lluisa Llacha: „Obyśmy byli szczęśliwi i znaleźli wszystko to, czego brakowało nam wczoraj” Puszczę ją sobie dzisiaj. Reklama KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] FC Barcelona Leo Messi Lionel Messi

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

W dniu, w którym mistrz Polski przystępuje do europejskich pucharów musimy się zastanawiać nie tylko nad jego składem i taktyką, ale też… nad składem i taktyką Sanepidu. Czy się komuś to podoba, czy nie, dzisiaj Legia Warszawa musi polegać na łasce inspekcji sanitarnej. Gdyby lokalnie na jej czele stał ktoś, kto Legii z dziada pradziada nienawidzi, miałby pełne prawo powiedzieć: wszyscy zawodnicy na kwarantannę! Ale chodzą słuchy, że akurat stoi ktoś, kto Legię bardzo lubi, więc powie: wszyscy na boisko. Reklama Mamy więc całkowicie nonsensowną, naznaczoną przypadkiem edycję europejskich pucharów. Żeby przebrnąć przez eliminacje, trzeba wykazać się nie tylko na boisku, ale także poza nim. Należy mieć dobre kontakty z miejscowymi służbami, a także szczęście w losowaniu. Piłkarze z Kosowa mieli o tyle pecha, że mecz z Linfield wyznaczono w Szwajcarii, a tam nikt się nimi specjalnie nie przejmował: kwarantanna, a co za tym idzie – walkower. Gdyby Legia miała zagrać dzisiaj w Szwajcarii, lub po prostu na wyjeździe, też nie wiadomo, czym by się to skończyło (tzn. w Szwajcarii wiadomo: walkowerem). Podobnie jak nie jest do końca jasne, co byłoby ze spotkaniem Lecha, który wylosował rywala z Łotwy, a lecąc tam Polacy muszą przejść 14-dniową kwarantannę – na szczęście mecz odbędzie się w Poznaniu… Sport zszedł więc na dalszy plan, w pierwszej kolejności trzeba utrafić taki wariant, w którym samo rozegranie spotkania jest możliwe, biorąc pod uwagę aktualną listę zakażonych i miejscowe prawo. Reklama Kibice często mówią: ale przecież UEFA nakazuje grać, dopóki jest 13 dostępnych do gry piłkarzy. To prawda, ale UEFA to w sumie dokładnie to samo, co federacja podnoszenia ciężarów, skeletonu, gimnastyki artystycznej, tenisa czy kolarstwa szosowego. Mówiąc krótko – jakaś tam sportowa organizacja, która zajmuje się pojedynczą dziedziną sportu. Nie ma ona żadnego przełożenia na miejscowe prawo i sposób walki z pandemią, co zresztą sytuacja w Szwajcarii (UEFA ma tam siedzibę) i orzeczony walkower najlepiej pokazują. W momencie, gdy jakaś drużyna trafia na kwarantannę, to po prostu nie ma dostępnych do gry piłkarzy – i nie gra. Ponadto jest wśród pewne niezrozumienie w zakresie „zdrowych” piłkarzy. W kwarantannie chodzi między innymi o to, że wirusa można wykryć najwcześniej po około pięciu dniach po kontakcie z osobą zakażoną. Kiedy więc klub informuje, że „mamy jednego zakażonego”, ale za to „wszyscy pozostali są zdrowi”, nie ma to większego sensu, poza sensem PR-owym. Jak ktoś ładnie wczoraj ujął, badanie na koronawirusa robione dzień po kontakcie z zakażonym ma tyle samo sensu, co robienie testu ciążowego dzień po stosunku. Dlatego osoby mogące być potencjalnie zakażone, są izolowane i badane w określonym czasie. Reklama I teraz dochodzimy do momentu, w którym ktoś mówi: – Zróbmy dla piłkarzy wyjątek. Reklama A ja to trochę (bardziej niż trochę) rozumiem: w przeciwieństwie do meczów krajowych – które były przenoszone w ostatnim czasie – tutaj pociąg po prostu odjeżdża i odjeżdża na zawsze bez ciebie, co niesie za sobą opłakane skutki. Dlatego to dobrze, że Sanepid się zastanawia: jakie środki ostrożności są rzeczywiście konieczne, a jakie byłyby zbyt drakońskie, biorąc pod uwagę następstwa? Kiedy ktoś mówi o nierówności wobec prawa, bo wiele zespołów – nawet ekstraklasowych – w ostatnim czasie było na kwarantannie, to jednak najpierw dostrzegam nierówność wobec ewentualnych konsekwencji kwarantanny: po prostu nie da się tego w żaden sposób zestawić. Ale też nie jest to sprawa czarno-biała, w tym sensie, że prawo nie powinno być inne dla małych, i dla dużych. Nie chodzi mi w tym momencie o to, by Legię blokować – absolutnie – lecz o to, by może w ogóle zrewidować pogląd na kwestię kwarantanny. Bo jednak czuję absmak, gdy zamykane są z powodu kwarantanny lokale gastronomiczne albo hotele, gdy całe firmy muszą przerwać działalność (to wszystko często oznacza problemy finansowe wielu rodzin), a akurat firmy piłkarskie tłuką dalej, bo lubimy sobie piłeczkę oglądać. Dlatego może to czas, by się zastanowić, na jakim etapie pandemii jesteśmy i czy kwarantanna dzisiaj jako taka jest skuteczna i konieczna. Inaczej myśleliśmy o wszystkim w marcu, gdy widzieliśmy dramatyczne doniesienia z Włoch i Hiszpanii, gdy nie wiedzieliśmy do końca, co wydarzy się dalej, a inaczej myślimy dzisiaj, gdy ponad 90 procent respiratorów w Polsce stoi nieużywanych. Jeśli chcemy wyważyć, czy dla kwarantanny warto rujnować klub piłkarski, to powinniśmy też wyważyć, czy warto rujnować małą knajpkę w Świeradowie. Oczywiście, wszystkie te rozważania są w pewien sposób życzeniowe, bo jeśli się okaże, że jeden z piłkarzy dowolnego klubu miał jakieś niewykryte schorzenia, które w połączeniu z COVID-em rozłożą go na poważnie na łopatki, albo nawet doprowadzą do śmierci, to będzie bardzie nieciekawie i ktoś, kto podejmował takie, a nie inne decyzje (grać bez względu na konsekwencje) nie będzie w stanie spojrzeć sobie w lustro – a przecież nie można takiego scenariusza traktować jako kompletnego science-fiction. Niemniej dzisiaj wszyscy chcą takie ryzyko podejmować i zapewne jest to najbardziej logiczne ze wszystkich nielogicznych wyjść z tej zagmatwanej sytuacji. Reklama Kwalifikacje do fazy grupowej Ligi Mistrzów i Ligi Europy, które trwają na całym kontynencie, z rywalizacji sportowej zamieniły się w rywalizację, kto ma łagodniejsze prawo, kto po prostu lepiej oszukuje i ukrywa przypadki zakażenia, kto bardziej przekonująco kłamie w sprawie zachowanych środków ostrożności („tak, tak, panie władzo, w autokarze mieliśmy na sobie maseczki i siedzieliśmy w odstępach”), dopiero na sam koniec idzie o strzelenie goli. W pierwszej kolejności jest to więc parada oszustów… Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Trudno nie odnieść wrażenia, że w sprawie Cracovii nie istniało dobre rozwiązanie, ale jednak dało się tę sprawę przeprowadzić lepiej. Albo napiszę inaczej: nie dało się jej przeprowadzić gorzej. Reklama „Negocjacje były długie, trudne” – mówi Janusz Filipiak w rozmowie ze sport.pl i wcale nie opowiada o transferze piłkarza do swojego klubu, ale o rozmowach z PZPN na temat kary za korupcję. Nazywa je wprost „negocjacjami” i jeszcze dopowiada, że sam się w nie włączył, ale „dopiero w końcówce”. To chyba pierwszy przypadek w historii polskiej piłki – a na pewno ja o innym nie słyszałem – gdy klub ustalał z organami dyscyplinarnymi związku, jaka kara mu odpowiada, a jaka nie. „Na takie rozwiązanie się zgodziliśmy” – stwierdza w końcu, a ja się zastanawiam, czy w przeszłości inne kluby godziły się na to, by je degradować. Hmm, raczej nie pytano nikogo o zgodę. Reklama Trudno jest sprawiedliwie ukarać klub 16 lat po zdarzeniu, ja to wiem. Ale trudno jest też sprawiedliwie ukarać klub 6 lat po zdarzeniu, bo wówczas też w 99 procentach cierpią ludzie przypadkowi. A i 2 lata w futbolu to czasami wieczność. Im więcej o tym myślę, tym bardziej ta perspektywa czasowa przestaje dla mnie mieć znaczenie. Dziennikarz TVP Sport Mateusz Miga dokopał się do wypowiedzi Janusza Filipiaka z 2003 roku, gdy ten opowiadał, że w Cracovii ma pełnię władzy. Już o tym nie pamięta? Teraz ten sam Filipiak mówi (znowu sport.pl)” „Naprawdę mogliśmy się dalej bronić, przeciągać sprawę, grać na to, że przecież ciągle wina tych dwóch osób nie jest ostatecznie przesądzona, że w sądzie apelacyjnym oskarżeni o ustawianie meczów wcale nie muszą mieć utrzymanych wyroków”… I to jest właśnie dla mnie sedno tej sprawy: „mogliśmy dalej się bronić, przeciągać sprawę”. 16-letnie przeciąganie sprawy dzisiaj stało się argumentem numer 1 na obronę – czy to nie niedorzeczność? Grano na czas, a teraz czas ma zmniejszać odpowiedzialność? Czytam te wypowiedzi Filipiaka i widzę w nich jedynie bezczelność. On się czuje pokrzywdzony, bo jego zdaniem kiedyś Bełchatów został potraktowany łagodniej. Nie mówi o Koronie, Arce, Zagłębiu, Widzewie i innych klubach, tylko uczepił się tego Bełchatowa i wydaje mu się, że komuś wmówi, że białe jest czarne. Że ktoś na te manipulacje się nabierze. Dodatkowo opowiada, że Cracovię „stać na to, piłkarsko i finansowo, by zamknąć tę sprawę na tym poziomie”. Czyli mówi wprost, że ani finansowy, ani sportowy wymiar kary nie jest dla niej bolesny. To kpina. Totalna kpina, splunięcie w twarz kibicom z całej Polski. Żałosna paplanina, w której nie ma nawet namiastki przeprosin, jest jedynie buta. „Miałem już dość tej szemranej propagandy” – stwierdza, jakby był stroną pokrzywdzoną. Och, gdyby chociaż on miał tyle przyzwoitości, aby nic nie mówić. Po prostu pomilczeć trochę, z pokorą przeczekać burzę. Ale nie – on musi, po prostu musi, bo nie potrafi się powstrzymać, wygłosić swoje mądrości. Reklama I czy to aby na pewno koniec „szemranej propagandy”? A może teraz właśnie ludzie zaczną mówić – nie bez przyczyny – że negocjacje, o których wspomina sam Filipiak, sprowadzały się do kary finansowej zamiast większej kary punktowej? Do tego, by punkty raz jeszcze odkupić, ale tym razem w samej centrali? Taki punkt widzenia to dla jednych spiskowa teoria, a dla innych racjonalne, chłodne podejście do tego, co się właśnie na naszych oczach stało. Można zadać pytanie, czy te aktualne „negocjacje” różniły się od negocjacji z 2004 roku, poza tym, że już nie rozmawiano na stacji benzynowej? I tu pieniądze, i tam pieniądze. I tu punkty, i tam punkty. Reklama Dlatego więc w moich oczach Filipiak niczego nie zamknął, a wręcz przeciwnie – w moich oczach właśnie teraz otworzył dyskusję. Otworzył tę dyskusję także PZPN, bo teraz już każdy będzie mógł zapytać: ile chcecie? Milion wystarczy? Jakkolwiek by patrzeć, Polski Związek Piłki Nożnej zarobił na czynach korupcyjnych Cracovii milion złotych. Przehandlowano proces krakowskiego klubu za równowartość mieszkania na Mokotowie. Ale pojęcie wstydu w polskiej piłce nie występuje. Jagiellonia wydaje oświadczenie w sprawie szwedzkiego piłkarza Rajalakso, lecz napisane w taki sposób, że każdy normalny czytelnik odczuwa głębokie zażenowanie. Legia Warszawa hucznie świętuje 15 mistrzostwo Polski, mimo że tych mistrzostw ma jedynie 14, gdyż jedno brakujące było kupione i zostało klubowi odebrane – ale któż by się tym przejmował, przecież „wszyscy kupowali”. Cracovia z kolei sięga po Puchar Polski także dzięki główce skazanego za korupcję Davida Jablonskyego, który tak długo wykorzystywał sztuczki prawne, że aż zdążył odwlec dyskwalifikację i zagrać w finale (już dawno został skazany przez czeski sąd). Ale skoro chłop umie dobrze uderzyć głową, to dlaczego ktoś miałby się przejmować tym, że ustawiał mecze? Janusz Filipiak uściska go serdecznie i wypłaci premię. Drodzy państwo, rzygać się chce. Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected]

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Kiedyś już o tym wspominałem, a że lubię grać w otwarte karty to do tego wracam – dostałem propozycję, by w swoim tekście poruszyć istotny moim zdaniem temat: urlopy ojcowskie. Początkowo miałem napisać artykuł w marcu, ale wówczas wybuchła epidemia i nikt nie miał do tego głowy. A teraz termin jest o tyle dobry, że dzisiaj Dzień Mamy, dodatkowo zbliża się Dzień Dziecka, a wielu z nas wychodzi z ukrycia po rekordowo długim… urlopie ojcowskim właśnie. Reklama Pierwsze pytanie brzmi, jak sobie poradziliście, drodzy panowie? Reklama Jak świat światem, role są jasno podzielone. Kobieta rodzi, a potem zostaje w domu z dzieckiem, natomiast mężczyzna idzie zarabiać pieniądze (inaczej mówiąc: zdobywać pożywienie i błyskotki). Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale jak to z wyjątkami bywa – jest ich niewiele. Mogły upadać mocarstwa, mogliśmy być świadkami technologicznej rewolucji, mogliśmy być też świadkami rewolucji obyczajowej, ale to się nie zmieniło bez względu na szerokość geograficzną czy wyznanie. I trzeba sobie, drodzy panowie, powiedzieć, że… mamy lepiej. Praca, jaką wykonać musi matka, jest mordęgą, wyczerpującą zarówno psychicznie, jak i fizycznie, mało rozwijającą, a może nawet czasami uwsteczniającą, bez gratyfikacji finansowej, samotną, a uśmiech dziecka stanowi rekompensatę tylko częściową. Myślę, że przez ostatnie dwa miesiące wielu z nas miało okazję się przekonać, czym jest opieka nad dziećmi 24/7. Owszem, można się z nimi świetnie bawić, można wprowadzać kreatywne gry, oglądać rozwijające filmy, ale któż z nas nie potrzebuje czasami odrobiny samotności i odsapnięcia? Ilu z nas zarzekało się, że co jak co, ale głupie filmiki z youtube’a nie będą w ich domu puszczane, lecz po miesiącu, szukając chwili tylko dla siebie… „Oczywiście, że możesz obejrzeć”. Wiele zasad poszło w niepamięć podczas tej kwarantanny, prawda? Przynajmniej u mnie w domu tak było, starszy syn grał w Fortnite’a znacznie częściej niż powinien. Ale ja… grałem razem z nim. Wiele codziennych czynności stało się czynnościami wspólnymi. Myślę, że – jakkolwiek to zabrzmi – dzięki tej kwarantannie wielu rodziców jeszcze lepiej poznało swoich synów i córki. I jak to w życiu: były pozytywy i były negatywy. Oczarowania i rozczarowania. Koronowirus na moment zrobił to, czego nie mogły zrobić żadne organizacje państwowe czy pozarządowe – usadził ludzi w domach bez względu na płeć, co z kolei wyrównało obowiązki rodzicielskie. I to jest pozytywne zjawisko. Uważam, że mężczyźni (prawdziwi mężczyźni) powinni odciążać kobiety, czasami też pobrudzić się kupą niemowlaka czy dać się obrzygać mlekiem, nawet tylko po to, by one – matki – mogły przez godzinę zupełnie nic nie robić. Łatwo wpaść w pułapkę pod tytułem „wróciłem z pracy, teraz mam wolne”, zapominając, że ona w pracy była cały czas, nie musiała nawet wychodzić. Ale trzeba też pomagać dlatego, że na sam koniec ta ciężka robota przy dziecku jest tym, co się w życiu liczy i co gdzieś tam w nas zostaje, czasem jako nienazwana więź emocjonalna. Reklama Drugie pytanie brzmi, drodzy panowie, czy podczas pandemii nie dotarło do was, że coś wam w życiu umyka? Reklama Że – owszem – dobrze jest wyjść, mieć swój świat, a potem dom, w którymś ktoś czeka. Ale coś za coś. Jestem ciekaw, za którą wersją będziecie tęsknili bardziej: za siedzeniem w domu z dziećmi, nawet jeśli bywa to frustrujące, czy może za wychodzeniem do pracy, nawet jeśli dużo was omija. I teraz dochodzimy do meritum. IKEA przygotowała raport, w którym czytam: Badania wskazują, że ciągle to 94% kobiet zostaje z dzieckiem w domu, a tylko 6% mężczyzn decyduje się na taką opiekę. Częstsze wykorzystanie urlopu przez matki i związane z tym absencje to jedna z przyczyn różnic w płacach kobiet i mężczyzn na świecie. W konsekwencji powoduje to mniejsze możliwości rozwoju zawodowego młodych mam lub rezygnację z awansu. Sytuacja ta jest często wyzwaniem dla rodziców i stanowi błędne koło. Istotne jest więc, aby wdrażać inicjatywy, które będą odpowiedzią na ten problem. Reklama W Polsce, pierwsze 14 tygodni urlopu macierzyńskiego przeznaczone jest wyłącznie dla matki. Ojcowie mają do swojej dyspozycji 2 tygodnie z tytułu urlopu ojcowskiego. Łącznie rodzice mają do wykorzystania 52 tygodnie na opiekę nad dzieckiem, z czego 20 tygodni to urlop macierzyński, a pozostałe 32 tygodnie to urlop rodzicielski. Ten drugi jest do podziału między rodziców. Jednak zaledwie 6 tygodni urlopu rodzicielskiego jest pełnopłatnych (100%), a pozostałe są płatne tylko w 60%. Dlatego, w przypadku, gdy to ojciec jest głównym żywicielem rodziny lub zarabia więcej, zazwyczaj nie korzysta on z tej możliwości. Reklama W samej firmie IKEA wprowadzono dodatkowy miesiąc w pełni płatnego urlopu ojcowskiego. Uważam, że to inicjatywa godna poparcia, nawet jeśli zostałem przez IKEA namówiony na ten tekst. To jest po prostu obiektywnie rozwiązanie dobre i ważne. My jako mężczyźni chcemy uczestniczyć w pierwszych miesiącach życia naszych dzieci (w kolejnych, rzecz jasna, też), ale też my – jako odpowiedzialni mężczyźni – chcemy, aby nasze żony nie zmieniały się nieodwracalnie w kury domowe, ale by dalej mogły być osobami, które się realizują w swoich pasjach zawodowych i prywatnych. Jest im trudno, to jasne, często znikają z rynku pracy, a pracodawcy niekoniecznie w pierwszej kolejności chcą zatrudniać młode matki – bo wiedzą, z czym to się wiąże. Ale dla nas wszystkich – dla zdrowia psychicznego, dla normalnego funkcjonowania rodziny – musimy próbować tę sytuację trochę odmieniać. Traktuję ten dodatkowy urlop ojcowski jako pierwszy krok. Wszystkiego najlepszego dla wszystkich Matek, bo wykonują – lub wykonały w przeszłości – pracę, która jest ważniejsza i trudniejsza niż te wszystkie pozycje wpisywane w CV na LinkedIn. Reklama Reklama Reklama Reklama Loading...

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Ze stałych rzeczy w Polsce, mamy o jedną mniej – lista przebojów Trójki przechodzi do lamusa, tzn. być może będzie toczyła się jej bezzasadna już egzystencja, ale nie za długo, zwłaszcza, że i całe radio można zamykać. I tak było to radio o niewielkim udziale w rynku, trochę radio dla niedobitków, a teraz to już zupełnie dla nikogo. Reklama Ostatnio w dobrym tonie jest pisanie, że ktoś się na Trójce wychował, ale teraz już przestaje jej słuchać. I tak niektórzy już przestają jej słuchać po raz piąty w ciągu ostatnich dwóch lat – ale „teraz to już na pewno”. Ja akurat na Trójce ani się nie wychowałem, ani jej raczej nie słuchałem (z dzieciństwa kojarzę raczej „Lato z radiem”, czyli Jedynkę), chyba że przez przypadek. Ale mimo że emocji ta stacja we mnie akurat nie wywołuje żadnych, to ostatnie zamieszanie jak najbardziej wywołało – pewnie ze względu na nieskrywany sentyment do twórczości Kazika. Reklama Mechanizm jest stary jak świat. Na wysokie stanowisko wskakuje ktoś, kto podskórnie czuje, że to nie jest jego rola i robi wszystko, by opóźnić nieuniknione – utratę stołka. Stara się więc w swej nadgorliwości zgadywać, co odpowiednim ludziom mogłoby przeszkadzać, czego mogliby oczekiwać i na ile może sobie pozwolić. Nadgorliwość połączona ze strachem odbiera rozum i w efekcie taki ktoś zamiast pożary gasić to je wznieca. Jak już płonie wszystko wokół, to płacze przed obliczem przełożonego, że przecież chciał jak najlepiej, ale i tak dostaje kopa w dupę (ten odcinek jeszcze przed nami). Zanim jednak obejrzymy finał tej historii, czekają nas jeszcze próby odwrócenia nieodwracalnego. Słyszymy więc o nowym systemie liczenia głosów, budowania regulaminów, przy okazji oczywiście słyszymy też, że Niedźwiecki kapował dla SB, albo brał kasę za umieszczanie piosenek na liście od kapeli weselnej spod Przasnysza, w zasadzie to był sprzedajną, ruską mendą i tylko przez przeoczenie pracował jeszcze w poprzednim tygodniu (na szczęście naprawiono i to). Na Twitterze wyraziłem rozbawienie faktem, że w 2020 roku ktoś na serio podnosi argument, że jakiś pan od puszczania muzyki w radiu rzekomo kilkadziesiąt lat temu miał pseudonim. Ojej, ależ się na mnie rzucili. Że nie znam historii, że jestem idiotą, że dla mnie liczy się tylko kasa, że moi rodzice też pewnie donosili, że ofiary SB takich wpisów mi nie wybaczą, że w katowniach łamano ludzi. No, dużo tego było. Niemniej po przeczytaniu tych wszystkich wpisów wciąż nie mogę ukryć rozbawienia, że w 2020 roku ktoś na serio podnosi argument, że jakiś pan od puszczania muzyki w radiu rzekomo kilkadziesiąt lat temu miał pseudonim. Ja rozumiem, że w czasach dawnych kontakt z zagraniczną muzyką był utrudniony i z tego powodu ktoś, kto wciskał play mógł zbudować niesamowitą rozpoznawalność, ale wciąż był to ktoś, kto wciskał play i wciąż jest to dziś ktoś od wciskania play. Z tego względu kult Niedźwieckiego wydaje mi się zarazem zrozumiały, jak i groteskowy – wykonywał czynność nieskomplikowaną, którą mogłoby wykonywać wielu (oczywiście wykonywał ją dobrze), ale że robił to we właściwym czasie to urósł do rangi symbolu. Jak więc widać, nie jest to żaden mój idol, a że prywatnie człowieka nie znam, to mogę z równym prawdopodobieństwem zakładać, że jest to gość bardzo w porządku, albo że to hiena wyjątkowa. Szczerze mówiąc, w ogóle mnie to nie interesuje. No ale pseudonim. Reklama Do soboty Marek Niedźwiecki był po prostu Markiem Niedźwieckim, który pracował sobie spokojnie w państwowym radiu, ale koło niedzieli stał się komunistycznym kapusiem. Wszystko w myśl zasady, że nasz komuch to dobry komuch (zazwyczaj komuch rozwalający organizację od środka, w najgorszym razie nieszkodliwy i zaszczuty), w przeciwieństwie do ich komucha, który był złym komuchem, takim, któremu historia nie wybaczy. Niedźwiecki w kilka chwil stał się ich. No więc kapusiem. Reklama Gdyby ten kapuś narobił komuś realnych krzywd, gdyby zniszczył komuś życie, to pewnie i mnie by uwierał, ale póki co nikt mi nie odpowiedział na pytanie, komu konkretnie te krzywdy wyrządził i komu złamał życie. Dowodem na jego nikczemność jest to, że nie ma dowodów, a skoro dowodów nie ma, to znaczy, że było ich tak dużo i były tak mocne, że postanowiono je zniszczyć. Mamy więc sytuację, w której brak dowodów obciąża bardziej niż dowody i można z interpretacją przeszłości posunąć się w najciemniejsze zakamarki. „Ale miał teczkę” – odpowiadają sędziowie z Twittera i to jest argument nie do zbicia. Wprawdzie nie wiadomo, w jakich okolicznościach ją założono, czy go straszono, czy może po prostu obiecano, że będzie mógł normalnie pracować jako dziennikarz muzyczny, a on sam pomyślał sobie, że nigdy nikogo nie podkabluje, ale dla świętego spokoju i chęci pracy uda, że się zgadza i w ogóle. Nic nie wiadomo, ale to przecież tym gorzej. Mnie wyciąganie pseudonimu u pana od muzyki w 2020 śmieszy i nic na to nie poradzę. Gdybyście mi powiedzieli, że muzykę puszcza koleś, który posłał kumpla za kraty na 15 lat to podszedłbym do tego inaczej, ale na dzisiaj pan od muzyki miał teczkę. Ludzie. Mam 37 lat, czyli wcale nie jestem już taki młody. Ludzie młodsi ode mnie o 19 lat mają prawa wyborcze. W ogromnej większości mają w dupie, że kiedyś było jedzenie na kartki, albo przydziały na samochód. Mają też w dupie te wszystkie pseudonimy i solidarnościowe, kombatanckie historie. Interesuje ich wizja Polski w roku 2025, 2030, 2035… Z idoli to mają Elona Muska, a nie Henrykę Krzywonos, a jeśli chodzi o muzykę to wolą Spotify od Trójki. I nic na to nie poradzicie. Osobiście mam po dziurki w nosie grania wątkiem Solidarności, Magdalenki, Stoczni i Porozumień. Rozumiem ludzi, dla których to jest bardzo ważne, to zdefiniowało ich życie, ale od tego są odpowiednie rocznice czy obchody. A w bieżącej polityce, w dzisiejszym życiu interesuje mnie przyszłość. To mielenie, kto jaki miał pseudonim i czy miał na pewno, co było w teczce, zanim zaginęła – no spoko, to jest ważne w przypadku kluczowych osób w państwie i odkłamywania historii, ale jednak do przodu trzeba iść. Trzeba z Żywymi naprzód iść, Po życie sięgać nowe: A nie w uwiędłych laurów liść Z uporem stroić głowę! Reklama Nadejdzie moment, w którym granie teczkami stanie się już tylko zajawką dla największych hardkorów oraz dla najstarszych, jeszcze pamiętających tamte czasy osób (ale ta grupa z przyczyn oczywistych już się kurczy, a z czasem skurczy się całkowicie). Cała reszta społeczeństwa będzie interesować się rzeczami aktualnymi, własną lodówką, no i przyszłością. Oczywiście nie mam nic przeciwko, abyście moje podejście uważali za głupie, a mnie samego za idiotę, gdybym był trochę starszy to pewnie i za szpicla, ale naprawdę – mam to gdzieś. Po prostu mi się już ulewa od ciągłego tkwienia jedną nogą w wydarzeniach minionych. Reklama A teraz Kazik, który narobił zamieszania ogromnego. Jeszcze z tydzień przed całą aferą napisałem, że o ile Tede totalnie przestrzelił w swoim słynnym antyrządowym monologu, o tyle Kazik trafił w środek tarczy. Było kwestią czasu, aż piosenka się rozniesie, chociaż do aż takiej sławy potrzebny był pożyteczny idiota, który akurat się trafił. Jako że mamy kampanię wyborczą, najdziwniejszą konstatacją jest to, że dzisiejsza opozycja wybory może wygrać pod jednym tylko warunkiem: że absolutnie nie będzie się odzywać, nawet nie powinna wyściubiać nosa poza dom, bo wtedy stanie się to co zawsze – wpadka zacznie gonić wpadkę. Na to jednak żądza lansu nie pozwoli – wyjdą, otworzą gębę i będzie po ptokach. Jedyną osobą, która faktycznie mogłaby te wybory wygrać jest Kazik Staszewski, lecz wyłącznie pod warunkiem, że nikt nie będzie mu przeszkadzać. Najciekawsze jest to, iż sam Kazik chyba nie zamierzał odgrywać aż tak wielkiej roli, bo i jemu – tak się zdaje – z tą opozycją nie do końca po drodze. A na sam koniec pierdołowata opozycja i tę piosenkę przegrzeje, zamiast dać się sprawom toczyć swoim rytmem. Goździkowej rewolucji w Polsce nie będzie, będzie jedynie okolicznościowa piosenka, zapowiadającą złotą płytę. Innych nowości nie przewiduję. KRZYSZTOF STANOWSKI Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Rok temu pomiędzy właścicielami klubów Ekstraklasy doszło do mocnego starcia. Rada Nadzorcza ESA – składająca się z topowych klubów – przeforsowała inny podział środków z kontraktu telewizyjnego, premiując… topowe kluby. Na nic były późniejsze protesty maluczkich, na nic utyskiwania klasy średniej. Reklama Kto by pomyślał, że sytuacja… aż tak się odwróci. Reklama Dzisiaj kluby tną pensje i – niektóre – zwalniają ludzi. Argumentem jest oczekiwanie na ostatnią transzę pieniędzy od Canal+. Ale sęk w tym, że poza klubami z TOP4, cała reszta już prawie wszystkie należne pieniądze od telewizji otrzymała. Do rozliczenia pozostały tak naprawdę ogryzki za miejsce w tabeli, bo tak należy traktować pieniądze rzędu 350 000 – 2 000 000 złotych. Owszem, to ciągle sporo forsy, na ulicy się takiej nie znajdzie, ale nie są to sumy decydujące o być albo nie być. Największy problem mają potencjalni pucharowicze, którym na ten moment przepadło zdecydowanie najwięcej – a to dlatego, że sami tak poprzesuwali te telewizyjne budżety. Poszli na zwarcie i jak mawia młodzież – karma wróciła. Nie cieszy mnie to, natomiast widzę w tym pewną nauczkę: o strategicznych sprawach powinny decydować wszystkie kluby, a głos każdego z nich powinien ważyć tyle samo. Jak ktoś chce być solistą w czasach hossy to potem trudno mu się odnaleźć w grze zespołowej na potrzeby kryzysu. * Reklama W kolejnych klubach piłkarze dochodzą do porozumienia w sprawie obniżek. W kilku – negocjacje trwają. Jeśli wierzyć w to, co napisał Robert Błoński o rozmowach w Legii (a Robertowi Błońskiemu należy wierzyć, bo to dobry dziennikarz), to tam jest najostrzej. Nie same cięcia i nie samo zamrażanie, lecz cięcia i zamrażanie równocześnie, co oznacza, że np. Artur Jędrzejczyk miałby dostać 10 procent swojej pensji. Biorąc pod uwagę, że zawodnicy – znowu się powołam na Roberta – nie dostali jeszcze wypłaty za luty, a klub zwolnił kilkadziesiąt osób to mamy pogląd nieciekawej sytuacji. Reklama Moim zdaniem chaos potęguje brak klarownego komunikatu ze strony Canal+. Mijają tygodnie i wciąż nic nie wiadomo: zapłacą czy nie zapłacą? A jakakolwiek informacja jest lepsza od żadnej. W moim programie prezes Pogoni Jarosław Mroczek dość szlachetnie wypowiedział się, że nie oczekuje od Canal+ wypłaty pieniędzy za usługi, których on sam nie świadczy – źle by się czuł stosując jakąkolwiek presję. Szanuję ten punkt widzenia, ale uważam, że to wszystko jest system naczyń połączonych, w których szlachetna postawa ma sens dopiero wówczas, gdy szlachetnie zachowuje się każdy. W przeciwnym razie można zostać po prostu wykorzystanym. W każdym razie czekam na prosty komunikat. Niech telewizja w końcu powie: zapłacimy, jak dogracie, a jak nie dogracie, to nie zapłacimy ani złotówki. Reklama Wtedy może prezesi klubów będą mieli jasność, czy naprawdę muszą zwolnić sprzątaczkę i magazyniera, czy może jednak da się ich oszczędzić. Zwłoka służy chaosowi. Ale z drugiej strony… rozumiem taką zwłokę tylko pod jednym warunkiem: że C+ zapłacić nie chce. To samolubne, ale zrozumiałe – wtedy im później zakomunikuje swoją decyzję, tym później narazi się na ewentualny gniew klientów i najmniej ich straci, bo za moment przecież będzie ruszał kolejny sezon i znowu będzie można komunikować „Ekstraklasa w całości tylko u nas”. Reklama Kibic piłkarski jest idealną krową do dojenia, ponieważ nie może się obrazić i przeskoczyć do konkurencji, nie może strzelić focha, musi nadstawić się do dojenia ponownie. Jest to więc klient skrajnie lojalny, bo płaci nawet jeśli nie chce i nawet jeśli w maju czy czerwcu poczuł się oszukany. Z tego względu nie trzeba się nim specjalnie przejmować, bo i po co? Przejmować należy się klientami kapryśnymi. * Kupiłem internet mobilny, bo chciałem mieć z dwóch źródeł. Rozczuliła mnie reklama. Wkleję wam, co zobaczyłem na stronie internetowej. Reklama Reklama To tylko pokazuje, że kibic piłkarski traktowany jest jak idiota i wcisnąć mu można wszystko, bez żadnej refleksji: hej, może jednak byśmy tego nie oferowali, skoro w praktyce tego nie mamy. A co tam: to tylko u nas, to na wyłączność, to kupuj już dzisiaj. Na koniec: tego nie ma, to sprzedaliśmy innej telewizji na pół itd. Reklama I przypominamy, że wykupił pan u nas dostęp do kanału, a nie do tego, co w nim pokazujemy. Siema! Jak nie zrozumiałeś gamoniu, wciśnij 2. Reklama Reklama Reklama

Krzysztof Stanowski

20 sie 2026, 12:00 · Felieton Weszło — Krzysztof Stanowski

Wywiad

Jak co wtorek... KRZYSZTOF STANOWSKI

Sytuacja nie jest łatwa dla kogokolwiek. Jeśli dalej tak będzie, liczba firm, które padną porazi skalą, jakiej za naszego życia nie zaznaliśmy. Pospinanie budżetu – na każdym poziomie: domu, zakładu pracy, całego państwa – stanie się niezwykle trudne i chyba wszyscy musimy pogodzić się z myślą, że coś się na pewien czas skończyło. Potem oczywiście (no, oczywiście to może nie, ale oby!) nastąpi odwilż i eksplozja biznesów. Ale to potem. Nie wiadomo jeszcze, kiedy i czy na pewno w roku 2020. Reklama Na razie jest obgryzanie paznokci. Czytam wpis szklarza: – Co z tego, że mogę dalej produkować szyby, skoro dzisiaj nikt nawet nie wykonuje pomiarów? Reklama To są zawody, o których nie myślimy na co dzień, analizując konsekwencje kryzysu. Mówimy o gastronomii, hotelarstwie, transporcie, turystyce… Ale bezpiecznych przystani jest naprawdę bardzo, bardzo mało. Owszem, niektóre branże zyskają, ale będzie ich niewiele. Zdecydowana większość straci, liczba bezrobotnych wzrośnie nadzwyczajnie i kto wie, może siła robocza z Ukrainy wcale nie będzie już uchodzić za „tanią”. Kryzys będzie trwał tym dłużej, im dłużej nie zmienimy nawyków życiowych, które aktualnie powinny sprowadzać się – jeśli chodzi o aktywności pozadomowe – do pracy. Praca jest ważna, bez pracy się wszystko zawali (czego nie rozumieli piłkarze, gdy stwierdzili, że wolą nie pracować, ale dzisiaj już zaczynają ogarniać konsekwencje), ale wszystko inne schodzi na dalszy plan. Im dłużej będziemy siedzieć na tyłku w domu, tym szybciej wszystko ruszy na nowo. Trzeba pilnować siebie i innych. Jeśli dzisiaj nie zwracasz uwagi na to, że twoje dziecko całe dnie spędza poza domem i ma koronoferie, to potem się nie dziw, kiedy we wrześniu stracisz robotę. I nie miej o to pretensji. Młodzież szwendając się w nieskończoność doprowadza do ruiny tego szklarza z początku tekstu. I jego dostawcę. I jego pracownika. I jego rodzinę. Jak rzadko kiedy, jesteśmy wszyscy połączeni ekonomicznie. Są ludzie, którzy się zastanawiają, dlaczego rząd wprowadził takie obostrzenia, a nie inne. Na jakiej podstawie to zrobił. Czy trzeba przyjąć mandat, czy też można się odwołać. Czy jak mam wszy, to wyprowadzam zwierzątka na spacer, czy też wszy się nie wliczają. Internet jest pełny wiejskich filozofów, bojowników o wolność jednostki, albo opozycjonistów na siłę. Komuś może się rząd nie podobać i ja to doskonale rozumiem, ktoś może nienawidzić premiera i spoko – takie prawo demokracji. Ale dzisiaj innego rządu nie mamy i mieć nie będziemy, żaden inny premier nie wyda innych wytycznych, żadna inna władza odpowiedzialności za walkę z kryzysem nie weźmie. Najlepsze co możemy zrobić, to po prostu wykonywać polecenia. Jeśli uważasz, że wykonywanie poleceń tego rządu narusza twoje prawa lub masz w związku z tym po prostu pewien absmak, to ja uważam, że ty naruszasz moje prawo do bycia zdrowym i moje prawo do funkcjonowania w działającej sprawnie gospodarce. A twój absmak mam gdzieś. Reklama Mam więc wielką prośbę – ludzie, przestańcie ględzić. Albo mówiąc dobitniej – przestańcie pierdolić. Zrozumcie, że to wszystko jest dla waszego dobra. Jeśli chcecie mieć pracę, pieniądze i plany wakacyjne – wykonujcie polecenia. Masz jedno, główne polecenie: siedzieć na dupie. Robiłeś to przez większą część życia, tylko teraz nagle odezwała się w tobie żyłka maratończyka, kolarza, ornitologa? Nie bądź człowieku śmieszny i siedź na dupie. Spraw, by twoja mama też siedziała. I twoja babcia też. Wytłumacz, że nie musi iść do kościoła, ani na bazarek. Zamów jej zakupy przez internet. Reklama Swoje „mądre” pytania: – A dlaczego? A po co? A gdyby tak… Zachowaj je na idiotyczne kłótnie podczas Świąt Wielkiej Nocy. Przyszłorocznych Świąt, rzecz jasna. Reklama Reklama Reklama Reklama Loading... Udostępnij Udostępnij Krzysztof Stanowski --> --> --> Założyciel Weszło, dziennikarz sportowy od 1997 roku. Rozwiń [email protected] koronawirus Krzysztof Stanowski